poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 41

  Ciemnymi schodami zeszli do piwnicy.
  - Bu! - zawołał Radek, próbując wystraszyć Milę.
  - Bardzo śmieszne - mruknęła urażona koleżanka.
  - Zachowujcie się jakoś, w końcu nie chcemy skompromitować mojego pradziadka - poprosiła ich Ela.
  - Pra- do potęgi którejśtam - wtrącił się Leon. Ela machnęła ręką z rezygnacją.
  - No właśnie. Nie chciało mi się tyle mówić.
***
Pan Fulgencjusz ostrożnie zapukał do drzwi.
  - Ten ktoś zamyka się tak, jakby skrywał tam, w środku, ogromne tajemnice - zauważył Monteskiusz.
  - Każdy cech ma swoje tajemnice, których pilnie strzeże - zwrócił mu uwagę alchemik.
  - Inaczej konkurencja by go wyeliminowała - domyśliła się Filipa, ubierając swoje myśli w dość współczesny język.
  
  Po dłuższej chwili oczekiwania ktoś uchylił... nie, nie rąbka cechowej tajemnicy. Uchylił drzwi.


c. d. n.

czwartek, 20 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 40

  Tymczasowo porzucono sprawy matrymonialne Eli. Wszystko przez uroczego kota Kaspra, który na środku ulicy Grodzkiej zauważył nagle szczura. Co było do przewidzenia, bezzwłocznie puścił się w pogoń za zwierzyną. Kot, nawet mówiący, nie przepuści okazji by złapać tłustego gryzonia. A był to szczur wyjątkowo wielki i potężny, najwyraźniej stuczony w kuchni którejś z karczm. Kocisko, znęcone łupem, pobiegło na oślep i... wpadło przez okienko do piwnicy, w której ukryło się ścigane zwierzę.

 - Jesteśmy prawie na miejscu  - stwierdził Fulgencjusz. - Niestety my zmuszeni będziemy iść schodami, pacholęta drogie.




                                                                     c. d. n.

wtorek, 18 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 39

  - Ja? Dociekliwy? Kobieto, o czym ty mówisz?! - Monteskiusz uniósł brwi, symulując zaskoczenie.
  - Ty, dociekliwy - potwierdziła spokojnie Ela, przyglądając mu się badawczo. - Człowieku, kto jak kto, ale ja umiem rozpoznać kiedy ktoś próbuje się czegoś dowiedzieć, ale nie chce, żeby inni zorientowali się o co tak naprawdę chodzi! Rozmawiasz z pasjonatką erystyki*!
  Chłopiec zignorował trudne słowo, użyte przez koleżankę i przeszedł do konkretów.
  - No, dobrze, niech ci będzie... Albert się uparł.
  - Ach, Albert - jęknęła Ela. - A już się wydawało, że wyszedł na ludzi... wyjątkowo nikogo nie próbował zamordować, zniszczyć mienia, doprowadzić do szaleństwa... a tu nagle wpuszcza cię w jakieś bezsensowne śledztwa. Ale o co mu właściwie chodzi?!
  - Nie domyślasz się czy udajesz?
  - Ja nie mogę, tylko mi jeszcze na liście adoratorów zwariowanego chłopczyka pretendującego do miana chuligana...
  - Jakbyś nie mogła sobie znaleźć kogoś normalnego...
  - Ale to nie ja ich znajduję, tylko oni mnie! - oburzyła się Ela.


*Erystyka - sztuka prowadzenia sporów.

                                                                    c. d. n.

piątek, 14 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 38

 Po rozwiązaniu kilku problemów, w rodzaju nieodpowiedniego obuwia Lali (dostała od przodka Eli parę nowiutkich, nieużywanych drewniaków) wyruszyli w drogę. Podróże sprzyjają rozmowom, co widać już w książce The Canterbury Tales* Geoffrey'a Chaucer'a. Tak więc toczyło się naraz wiele pogawędek.
  - Ela?
  - Tak? - dziewczyna odwróciła się w stronę, z której dobiegło pytanie. Z zaskoczeniem zobaczyła przed sobą Monteskiusza.
  - Mam pytanie...
  - Słucham...
  - Ty jesteś dziewczyną Antka?
  - Proszę?!
  - To dlaczego te opowieści przed chwilą... jak jakieś historie miłosne... no... - tu chłopiec zaczął się jąkać, trochę jakby nie wiedział co powiedzieć.
  - Widzę w nim przede wszystkim przyjaciela, poza tym to byłby nienaturalny związek, przecież on jest ode mnie tak naprawdę starszy o ładnych kilka stuleci.
  - Za to ty mówisz tak, jakbyś była starsza o ładnych kilka dekad - mruknął Monteskiusz.
  - Eee tam, nie przesadzaj.
  - Ale nie zaprzeczyłaś.
  - Słuchaj, coś ty się nagle taki dociekliwy zrobił? - Ela przyjrzała się koledze podejrzliwie.


* Z ang. Opowieści z Canterbury - książka napisana w XIV w., jest zbiorem historii opowiadanych przez pielgrzymów.



                                                               c. d. n.

niedziela, 18 listopada 2012

"Szalone perypetie" cz. 37

 - Wariatka - powtórzyła Pchełka. Tym razem jednak kilka osób stanęło po stronie Eli.
 - No, skoro już tu jesteśmy... ostatecznie, możemy zobaczyć - stwierdziła Filipa.
 - To może być nawet dość interesujące - uznał Leon.
 - No to idziemy... Dziadziu, zaprowadzisz nas?
 - A mamże jaki wybór? - Alchemik rozłożył bezradnie ręce i podążył przodem.

 - Daleko to jest? - chciała upewnić się Lala.
 - Dlaczego pytasz? - wolała wiedzieć wnuczka Fulgencjusza.
 - No wiesz... zmęczyły mnie te podróże. Taką długą drogę dzisiaj przebyłam.
 - Fakt, kawał czasoprzestrzeni - przytaknęła Ela ze swoim specyficznym uśmieszkiem.
 - Poza tym mam nowe buty, nie chciałabym ich zniszczyć...
  Ela spojrzała w dół. Jej wzrok napotkał parę granatowych, błyszczących szpilek. Palnęła się ręką w czoło.
 - Rany, kto w czymś takim chodzi? Kostkę można skręcić.
 - Ja chodzę - odparła lekko zawstydzona Lala, z pewną dozą politowania przyglądając się górskim butom Eli, niezbyt pięknym, ale chroniącym przed urazami i wilgocią.
 - Najlepiej idź na bosaka - doradziła jej koleżanka.
 - Fuuuj... Co za obrzydliwy pomysł! Tu jest b r u d n o. Jak w naszym szkolnym wychodku.


                                                                   c. d. n.

sobota, 3 listopada 2012

"Szalone perypetie" cz. 36

 - Zaraz, a dlaczego my się tu znaleźliśmy? - chciał wiedzieć Leon.
 - Zdenerwowaliście mnie tym swoim narzekaniem na szkołę... a ostatnio pomagałam tacie w konstruowaniu zdalnego sterowania. Pewnie dostanę szlaban na pół roku - stwierdziła beztrosko winowajczyni całego zamieszania, zdaniem niektórych podobna do anioła.
 - Wariatka - stwierdziła Pchełka z urazą.
 - Wyluzuj, przecież nawet Elektryczne Gitary śpiewają "Wszyscy mamy źle w głowach że żyjemy". Cały świat jest tak pokręcony, że moje szaleństwa to przy tym pikuś - uśmiechnęła się Ela. - Zanim wrócimy do tego samego momentu w czasie, z którego wyruszyliśmy, chcielibyście może zobaczyć średniowieczną drukarnię?



                                                                           c. d. n.

sobota, 27 października 2012

"Szalone perypetie" cz. 35

 - ...poszedłem do mistrza Fulgencjusza po kilka ziół, które akurat były mi potrzebne...
 - Zaraz, do czego potrzebowałeś ziół? - zdziwił się Monteskiusz.
 - Cóż... - żak wydawał się czymś zakłopotany.
 - Przyjmijmy, że miał katar i niech mówi dalej - zaproponowała Ela litościwie.
 - Nie, jak już opowiadam, to opowiem wszystko... miałem pewne problemy, miałem nadzieję, że mądry pan Fulgencjusz coś mi doradzi...
 - Tej części historii sama nie znałam - Ela spojrzała na chłopca z zaskoczeniem.
 - Wszedłem, przygnębiony, do siedziby alchemika, a tam zobaczyłem pewną miłą, rozgadaną dziewczynę.
 - Rozgadaną?! - Monteskiusz rzucił żakowi spojrzenie, które mówiło: "Gdyby nie to, że nie wiem, czy w średniowieczu istniały klamki, poradziłbym niektórym, żeby zamknęli cię w domu bez klamek".
 - Ją - Antek wskazał Elę. - Oprócz niej był tam mistrz alchemii... właściwie przez moment sądziłem, że był w dwóch osobach - teraz również Diogenes obrzucił żaka znaczącym spojrzeniem. I znów sytuację uratowała Ela:
 - Mój tata, który, jak być może wiecie, jest wynalazcą, jest również pra- do potęgi którejśtam -wnukiem Fulgencjusza.
 - Więc te podróże w czasie to doświadczenie łączone?
 - Możecie tak to nazwać. Wtedy, gdy po raz pierwszy się tu zjawiłam, było to zupełnie nieplanowane. Po prostu prototyp tempum mobile* bez powodu włączył się i zaczął działać.
 - Jak to jest skonstruowane? - chłopcy z XXI w. zainteresowali się techniczną stroną przedsięwzięcia. Wcześniej jednak kilka dziewcząt zdążyło zorientować się w przebiegu rozmowy:
 - No, ale jak z tą romantyczną historią? - zniecierpliwiła się Lala.
 - Ale jaką romantyczną historią? - Ela po chwilowej szczerej gadatliwości wróciła do udawania Greczynki.
 - Zakochał się w tobie czy nie? - zapytała Nika.
 - Zapytajcie się go.
 - I wszystko jasne - stwierdził Radek, ku zadowoleniu niektórych obecnych niezbyt zainteresowany romansami. - Ta podejrzana poufałość...
 - I to, że Fulgencjusz znał jej imię...
 - No właśnie, dziadku, dlaczego nie jesteś lepszym aktorem? - Ela zwróciła się z wyrzutem do alchemika.

* łac. "ładnej dziewczynce"
** łac. "maszyny czasu"


                                                                           c. d. n.

niedziela, 21 października 2012

"Szalone perypetie" cz. 34

 - To jest to! - Monteskiuszowi zabłysły oczy.
 - W takim razie... - Diogenes zaczął myśleć logicznie - mamy szansę na powrót do domu.
 - Nie chcę, żebyście wracali - przyznał się Antek. - Ela, nie mogłabyś zostać tu na zawsze? Już kiedyś tak było... pojawiłaś się na chwilę i już zaraz musiałaś wracać.
 - Cooo?
 - Słucham? Ela, to prawda? - Monteskiusz rzucił koleżance takie spojrzenie, jakim naukowiec patrzy na wyniki swoich badań stwierdzając, że pomylił się w pierwszym obliczeniu, tym, z którego wyniknęły wszystkie kolejne.
 - Zostawmy to na razie - podróżniczka w czasie uśmiechnęła się uroczo.
 - Nie ma mowy.
 - W żadnym wypadku.
 - Nie zostawiajmy.
 - Chłopcy, proszę was... mamy ważniejsze sprawy na głowie.
 - Przeciwnie. Ta jest najważniejsza. Chcę wrócić do dwudziestego pierwszego wieku. Twoja historia może mi w tym pomóc - Diogenes jasno sformułował swoje przekonania.
 - Gdzie się podziały wasze naukowe ambicje? Macie wyjątkową możliwość poznania życia w czasach średniowiecznych...
 - Na razie chcemy poznać twoją historię. Jeśli jej nam nie wyjawisz, opowie nam ją twój przyjaciel Antek - Monteskiusz posunął się do delikatnego szantażu.
 - Zatem oddaję mu głos - Ela lekko skinęła ręką na żaka.
 - To było tak...


                                                                          c. d. n.

piątek, 19 października 2012

"Szalone perypetie" cz. 33

 - To jakiś świr - mruknął pod nosem Radek.
 - Dlaczego? To bardzo romantyczne, wysyłać kwiaty w przeszłość i w przyszłość! - zaprotestowała Nika.
 - Czy wy, dziewczyny, nie myślicie o niczym innym? - zapytał Ronaldinho.
 - Nie wiem, jakie masz prawo, żeby czepiać się naszych myśli - rzuciła Filipa. Rozgorzała zacięta i, jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, mało logiczna dyskusja.

  Kilka osób przyglądało się kłócącym znajomym z politowaniem, rezygnacją lub rozbawieniem. Do tych pierwszych należeli Diogenes i Monteskiusz, do tych drugich - Fulgencjusz, a do ostatnich - Ela i Antek.
 - Czy oni nie orientują się, że ten eksperyment może mieć z nami dużo wspólnego? - zastanowił się Monteskiusz.
 - Ludzie często nie dostrzegają najprostszych faktów - stwierdziła Elka filozoficznie.
 - Coś, co dla ciebie jest oczywiste, nie musi być takie dla innych - westchnął Antek, patrząc na nią uważnie. - Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie zrozumieć twój świat.
  Eli zrobiło się trochę wstyd.
 - Nie mówię przecież o takich faktach jak to, że Wieża Eiffel'a jest symbolem Paryża, albo że Proxima Centauri to najbliższa Słońcu gwiazda...
 - Tego ostatniego akurat mogę domyślić się z nazwy - zauważył Antek.
 - Może jednak wróćmy do tematu? - zaproponował delikatnie Monteskiusz.
 - Skoro Fulgencjusz może wysyłać kwiaty w inne położenie w czasoprzestrzeni, to może tez wysłać nas... - wypowiedział się Diogenes.
 - Może zacznijmy od tego, że skoro my możemy przemieścić się w czasie, a jak się okazuje możemy, to ten eksperyment też ma szanse powodzenia? - zasugerowała Elka, tłumiąc łobuzerski uśmieszek. Chłopcy spojrzeli na nią z takimi minami, jakby właśnie wysiadła z UFO.


                                                                    c. d. n.

czwartek, 6 września 2012

"Szalone perypetie" cz. 32

  Grupka nastolatków zbliżyła się do stołu.
  - Co to jest? Tylko dekoracja, nie? - Radek wskazał wazonik z kwiatami, położony przy ścianie. Obok znajdowały się dwa następne, ale bez roślinek.
  - Ach, bynajmniej! To jeden z najświeższych mych eksperymentów! - żachnął się alchemik. Nie kwapił się jednak z dalszymi wyjaśnieniami, więc Nika zapytała ostrożnie:
  - Na czym on polega?
  - Dotyczy on... peregrynacyi* w czasie.
  Wydawało się, że gospodarz nie zauważył poruszenia, jakie nagle zapanowało wśród uczniów, podobnego nieco do tego, które można zaobserwować na wieść o odwołaniu ostatniej lekcji.
  - Jak to? - zdziwił się Leon. - Przecież to tylko zwykłe petunie.
  - O, nie, nie! - tym razem pan Fulgencjusz aż zamachał ramionami, po czym najwyraźniej zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy. - To są kwiaty przygotowane do peregrynacyi! Zaś w tym miejscu - wskazał sąsiedni wazon - pojawią się kwiaty, które już wysłałem w przyszłość.
  - A w tym...? - zapytał zamyślony Monteskiusz.
  - Cóż zasię... jeśli w tym wazonie pojawią się kwiaty, będzie to znaczyło, że w przyszłości wynajdę drogę, by przemieścić coś w przeszłość...
  Nonia spróbowała wyobrazić sobie podobne podróże w czasie i związane z nimi komplikacje. Zakręciło jej się w głowie.

* peregrynacja - podróż
** obrazek również wykonany za pomocą mydeco.com


                                                                          c. d. n.

niedziela, 2 września 2012

"Szalone perypetie" cz. 31

  - A teraz... - w tym miejscu alchemik zawahał się przez chwilę. - Życzylibyście sobie obejrzeć kilka mych dzieł?
  - I wypróbować? - upewnił się Sławek. Pan Fulgencjusz zrobił zaniepokojoną minę.
  - Wypróbowywać mogę ja, jeśli poprosicie... zaś raczej... przedstawiać działanie.
  Zaprowadził swoich gości do stołu, na którym miał zwyczaj przeprowadzać doświadczenia. Nad blatem wisiało okazałe poroże, obok stały skrzynie, na których walały się książki... Uczniowie rozglądali się, zafascynowani.


                                                                          c. d. n.
* Ilustrację wykonałam za pomocą mydeco.com

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 30

  Po długich, żmudnych poszukiwaniach gospodarz odnalazł dzwonek, wielkością i wydawanym dźwiękiem odpowiadający temu szkolnemu. Ela i Antek odetchnęli z ulgą, widać bowiem było, że alchemik, choć bez wątpienia znakomicie zorientowany w kwestiach mikstur i ich składników, całkowicie gubi się we własnym gospodarstwie.
  - On ma gosposię? - zapytała szeptem Ela swojego średniowiecznego kolegę. Ten nie zdążył udzielić odpowiedzi, gdyż przerwał mu metaliczny hałas. Szóstoklasiści wzdrygnęli się jak oparzeni i zamilkli. "To działa trochę jak z psem Pawłowa" - pomyślał Leon.
  - Posłuchajcie mnie! Jesteście dziś moimi gośćmi, lecz to nakłada na was pewne obowiązki... - kilku uczniów już zaczęło ziewać. Antek, świadom tego, że mocną stroną naukowca jest praca laboratoryjna (wyrażając się współczesnym językiem), a nie przemówienia, ale wychowany w średniowiecznej dyscyplinie, szepnął do Elki:
  - Przerwij mu i przyspiesz jego mowę!
  Dziewczyna skinęła głową.
  - Krótko mówiąc, pan Fulgencjusz chciał powiedzieć, co nam tu wolno, a czego nie. Dziękuję - skończyła szybko.
  - Dobrze ci poszło - pochwalił żak. Wzruszyła ramionami, uśmiechając się.
  - To nic takiego. Coś jak zadanie z polskiego "Streść w jednym zdaniu akcję Romea i Julii".
  - A jak streściłaś?
  - Głupia dziewczyna i sentymentalny chłopak się w sobie zakochali i popełnili samobójstwo.
  - A jak naprawdę streściłaś?
  - Nie no, dobrze mnie znasz, nie dałeś się nabrać... Konwencjonalnie: "Potomkowie zwaśnionych rodów, Romeo Monteki i Julia Kapulet zakochali się w sobie i zawarli ślub, lecz w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oboje popełnili samobójstwo, a ich śmierć pogodziła nienawidzące się rodziny".
  Podczas, gdy trwała ta znamienna pogawędka (stojącą w okolicy Filipę szczególnie zaciekawiły słowa Eli: "dobrze mnie znasz"), gospodarz tłumaczył zasady, obowiązujące goszczących u niego uczniów. W większości pokrywały się z tymi z pracowni chemicznej.


                                                                   c. d. n.

wtorek, 21 sierpnia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 29

  Grupka uczniów rozglądała się dookoła, komentując z cicha, wytrzeszczając na wszystko oczy i coraz bardziej upodabniając się do stada podenerwowanych ratlerków. Gospodarz spróbował skupić na sobie uwagę, klaszcząc w dłonie. Cóż, bez rezultatu. Nie był nauczycielem, żeby wiedzieć, że tak banalne i nieinwazyjne środki nie działają na wychowanków szkoły. Podniósł trochę głos:
  - Hej! Hej, kochani... - większość nastolatków nie raczyła nawet na niego spojrzeć. Widząc udrękę alchemika, Antek podszedł do niego i zaczął tłumaczyć na stronie (czyli w kącie sali) przyczyny, dla których sprowadził tę bandę urwipołciów w owo miejsce.
  - Jak nad nimi zapanować? Muszę im wytłumaczyć, żeby niczego nie dotykali... - powiedział bezradnie pan Fulgencjusz.
  - Poproszę Elkę - odparł Antek i poszedł po dziewczynę. - Co robią wasi profesorowie, żebyście ich słuchali? Jak mistrz alchemii może zwrócić waszą uwagę? Musi wytłumaczyć kilka spraw, aby uniknąć zawirowań...
  Ela przez chwilę wyglądała tak, jakby miała bardzo dużo do powiedzenia i nie mogła się zdecydować, od czego zacząć. W końcu z jej ust wyszły dwa słowa:
  - Spróbujcie dzwonkiem.
  Gospodarz otworzył jeden z kufrów i zaczął go przeglądać. Po przesunięciu w bok niedźwiedziej skóry wyjął pokaźny krowi dzwonek.
  - Ten będzie dobry?
  - Za duży - uczennica pokręciła głową.
  Chwilę później ze skrzyni wyłonił się maleńki, może trzy-centymetrowej wysokości srebrny dzwoneczek, udekorowany misternymi rzeźbieniami.
  Eli opadły ręce.



                                                                    c. d. n.

niedziela, 19 sierpnia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 28

  Robił sympatyczne wrażenie, nie kojarzył się z tymi słynnymi alchemikami-czarnoksiężnikami, o północy szepczącymi zaklęcia nad wywarem z ropuchy... Patrząc na niego, trudno było nawet uwierzyć w słowa Antka, twierdzącego, że można nabyć w jego pracowni truciznę... Właściwie to raczej mistrz Fulgencjusz kojarzył się z osobą, wobec której można toksyny zastosować (w postaci hamburgerów i hotdogów). Jego brzuch był przyjemnie zaokraglony, wypisz wymaluj jak u wielu współczesnych nam biznesmenów i innych ludzi. Choć, uczciwie mówiąc, wciąż dominuje w świadomości wizerunek tłuściutkiego szlachcica, ledwie mieszczącego się w swoim pasie słuckim...  więc może jednak nie trzeba łączyć kształtów alchemika z działalnością fastfood'ów?
  Nosił okulary. Cóż, nie powinno to budzić wielkiego zdziwienia, podobno już rzymski cesarz Neron oglądał walki gladiatorów przez szmaragd, oczywiście specjalnie wyszlifowany, a w Europie okulary korekcyjne pojawiły się w XIV wieku. Co prawda, Józia i Lala przyjrzały się uważnie, podejrzliwie i z zaciekawieniem, czy aby na pewno na binoklach nie ma nazwy marki, ale z rozczarowaniem musiały przyznać: nie było.
  Był dość wysoki (jak na tamte czasy). Miał szpakowate włosy i szare, bystre oczy. Budził zaufanie, ale też wyglądał na sprytną osobę. Nic jednak nie wskazywało na to, żeby miał wykorzystać swój spryt przeciwko grupce, zagubionej w czasoprzestrzeni. Może nawet istniały szanse na uzyskanie od niego jakiejś pomocy?
  Wszyscy weszli do jego zacisza i o dziwo zmieścili się tam, nie robiąc tłoku.



                                                                          c. d. n.

wtorek, 24 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 27

  Wyszli na powierzchnię urokliwymi, krętymi, kamiennymi schodkami. "Architekt miał dobry gust" - pomyślała Pchełka.
  Antek zapukał w drewniane drzwiczki: jedno lekkie puknięcie, trzy mocniejsze, potem znowu dwa lżejsze i krótkie bębnienie palcami. Uczniowie łatwo domyślili się, że był to szyfr.
  Po chwili gospodarz uchylił lekko drzwi.
  - Ach, to ty, Antonius! - ucieszył się na początku. Po chwili entuzjazm w jego głosie osłabł - i około dwóch dziesiątek innych pacholąt...
  - Dokładnie dwadzieścia pięć osób - uściśliła Ela tonem dobrze wychowanej panienki.
  - O, i El... ten, no, elokwentne stwierdzenie! Hmmm... jak się zwiesz, El... elokwentna dziewczyno?
  - Ela.
  - Czy możemy wejść, mistrzu Fulgencjuszu? - zapytał żak, przerywając dziwną rozmowę.
  - Ależ tak, tak, oczywiście... - dopiero teraz alchemik otworzył podwoje dostatecznie szeroko, by uczniowie mogli przestąpić tą niecodzienną drogą próg jego pracowni oraz... zobaczyć jej właściciela.




                                                                         c. d. n.

wtorek, 17 lipca 2012

"Szkoła, szkoła" cz. 26

  Uczniowie, nieprzejęci zbytnio niepewnym stanem psychicznym alchemika podążyli za swymi przewodnikami - dwunożnym i czworonożnym. Kot i chłopiec wiedli ich z początku bocznymi, węższymi korytarzami budynku, potem pomieszczeniami piwnicznymi, które ciągnęły się podejrzanie długo.
  - To musi być podziemne przejście - zorientowała się w końcu Józia.
  - Twa przenikliwość mnie zdumiewa, szlachetna młoda niewiasto! Jak brzmi twe miano? I jaki jest twój aetas? - odezwał się Kacper.
  - Że co? - spytała Józia szeptem.
  - Aetas  to wiek osoby. Słowo "miano" chyba rozumiesz, znaczy mniej więcej to samo co "nazwa". Czyli pyta cię o imię i o wiek - wyjaśniła Ela.
  - Mam na imię Józia, mam 12 lat.
  - Ach! Josepha! Jakie urodziwe miano! - Kot zaczął rozpływać się w zachwytach. Przerwał mu Antek, mówiąc:
  - Jesteśmy niemal u celu.

                                                                               c. d. n.
  

sobota, 14 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 25

  - To niemożliwe - stwierdziła Magdalena. - Cóż to za miejsce?!
  - Pracownia mistrza alchemii Fulgencjusza - odparł uroczyście Antek. - Ma on wszelkie mikstury, maście, dryakwie, substancje, mieszaniny... co tylko można wymyślić. Można nabyć u niego smarowidło przeciwko pryszczom, kulki wspomagające pamięć, eliksir miłosny, maść upiększającą dającą gładką, świetlistą cerę, śmiertelne trucizny, cudowne lekarstwa ratujące życie nawet w beznadziejnych przypadkach, wonne olejki... Reklamuje się takim hasłem:
Pójdź do mistrza Fulgencjusza.
Czego pragnie twoja dusza,
Znajdziesz tutaj, odkryjesz to,
Czego Ci drzewiej zabrakło.
Chcecie się do niego wybrać?
  - Oczywiście! - odrzekło z przekonaniem kilka głosów, chłopięcych skuszonych wizją śmiercionośnych trucizn, oraz dziewczęcych, zachęconych informacją o kosmetykach.
  - Zatem bene, idziemy. Ostrzegam jednak, że mistrz Fulgencjusz nie jest... przeciętną osobą.
  - Wyartykułuj wprost, poczciwy chłopcze: jest nieco szalony. Pewni przedstawiciele rodzaju ludzkiego mniemają iż jest pomyleńcem - doprecyzował kot Kacper, wyjątkowo w miarę zrozumiale.


                                                                c. d. n.

czwartek, 12 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 24

  - Co teraz? - zapytał Leon, gdy wszystkie porcje kaszy zostały zjedzone (niedokończonymi osobiście zaopiekował się Inek; nie dopuścił też do tego, by zmarnowała się zawartość misek należących do niejadki Lali i odchudzającej się Niki).
  - Hmmm... może chcielibyście zobaczyć drukarnię? - zaproponował Antek po chwili namysłu.
  - Macie w szkole drukarnię? - zdziwiła się Pchełka.
  - Nie w szkole. W mieście - uśmiechnął się Antek, po czym dodał z dumą - Jest bardzo nowoczesna, mistrz używa w niej ruchomych czcionek.
  - Czy w mieście jest jeszcze coś ciekawego? - zapytała Ola jakby z nadzieją.
  - Nie licz na Sephorę ani Bershkę - mruknął Monteskiusz.
  - Co to jest Sephora? - zapytał żak.
  - To taki sklep, w którym sprzedają pudry, lakiery...
  - ... do paznokci i do włosów...
  - ... perfumy...
  - ... odżywki pielęgnacyjne...
  - ... płyny do kąpieli, kremy regenerujące... - mówiły szóstoklasistki jedna przez drugą.
  - Jest u nas coś podobnego - przerwał im Antek.
Kilkanaście par oczu spojrzało na niego ze zdumieniem, przemieszanym z zachwytem i pewnym niedowierzaniem.



                                                                     c. d. n.

środa, 4 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 23

 Na tacy stało kilka misek. Jak można się było domyślić, znaczną część ich zawartości stanowiła kasza - w owych czasach jeden z podstawowych produktów żywnościowych Polaków. Główną przyprawą była sól. Do popicia chłopak przyniósł kwaśne mleko, które można było nalać do glinianych kubeczków.
 Lala spojrzała na to wszystko z nietęgą miną:
 - Chyba się poodchudzam...
 - Lepiej nie, i tak już jesteś w grupie ryzyka jeśli chodzi o anoreksję - delikatnie przyzłośliwił się Radek.
 - Dają, trzeba brać - wzruszyła ramionami Talka. Jej wypowiedź w dwudziestym pierwszym wieku nie zabrzmiałaby całkiem jednoznacznie i mogłaby zostać potraktowana jak zachęta do zachowań korupcyjnych, ale w średniowiecznych realiach nikogo nie interesowało specjalnie co tak naprawdę miała na myśli.
 - Popieram - stwierdziła Józia, bohatersko ujmując łyżkę.
 Inek niczego nie stwierdzał, tylko od dłuższej chwili pałaszował z apetytem, a jego trzęsące się uszy mogłyby posłużyć za wiatrak.
 Ela przyglądała się wszystkim z boku, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy jedząc spokojnie kaszę, tak, jakby nie robiło jej różnicy czy w misce znajduje się kasza, czy może raczej crème brûlée, albo też psia karma doprawiona mrówczanem etylu.



                                                                      c. d. n.

środa, 20 czerwca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 22

 - Paskudny. Elka, ogarnij się i nie zmieniaj tematu.
 - Nie rozumiem cię.
 - Nie udawaj idiotki.
 - Naprawdę, nie rozumiem cię. Jak może ci się nie podobać takie wspaniałe dzieło sztuki?!
 - Nie rozmawiamy o obrazie...
 - To porozmawiajmy... Spójrz tylko na tą misterną grę cieni, na te precyzyjnie wymalowane detale, doceń maestrię twórcy! - Wyglądało na to, że Ela wczuła się w rolę krytyka sztuki i już nie da się tak łatwo wybić z rytmu. Jej przemowę przerwało dopiero wejście Antka. Niósł w rękach tacę. Inek popatrzył na niego z nadzieją tak wyraźnie malującą się na twarzy, że Ola omal nie wybuchła śmiechem.


                                                                   c. d. n.

sobota, 16 czerwca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 21

 - A kiedy będzie ta porcja chleba i wody? - zapytał Innocenty żałosnym głosem.
 - Co ci tak na tej porcji zależy? Niedowaga raczej ci nie grozi - wtrąciła Magdalena trochę złośliwie.
 - Ależ słusznie że mu zależy! Właśnie on odgadł co teraz! - Antek zerknął porozumiewawczo na Elę.

 Tak więc po lekcji muzyki żacy (jak zwykle) mieli przerwę na obiad. Pożywienie nie było tak spartańskie, jak początkowo Antek straszył Innocentego (zwanego pieszczotliwie Inkiem). Nasi szóstoklasiści z pomocą kota Kaspra przemknęli do tej izdebki, do której uczynny żak przyprowadził ich zaraz po tym, jak znaleźli się w epoce, w której Europejczycy nie znali jeszcze Ameryki.
 - Kumy me, poczekacie zaś tu cierpliwie?
 - Poczekamy - odparła Ela. Antek wyszedł.
 - Dlaczego to zawsze ty z nim rozmawiasz? Oczywiście nie licząc pytań Innocentego, który pada z głodu? -zainteresowała się nagle Lala.
 - Czy ja wiem? Może wy się go po prostu boicie?
 - Wcale nie! - warknął Leon, urażony.
 - Oczywiście, wy, chłopcy naszych czasów niczego się nie boicie - rzuciła Ela ironicznie. Lala jednak nie ustępowała w swoich dociekaniach:
 - Chodzi mi też o to, że nie rozmawiasz z nim jak z niemal obcym człowiekiem. Rozmawiasz z nim jak z dobrym znajomym, jeśli nie więcej niż znajomym - szóstoklasistka umilkła, najwyraźniej czekając na odpowiedź koleżanki.
 - Jaki piękny obraz... - nagle zachwyciła się Ela malowidłem na ścianie.



                                                                       c. d. n.

czwartek, 14 czerwca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 20

 Ostatni żak wyszedł z izby. Tak przynajmniej sądził dostojny profesor.
 W rzeczywistości w komnacie był jeszcze Antek i ponad dwudziestu szóstoklasistów, poukrywanych w najdziwniejszych miejscach.
 - Możecie azaliż wychodzić. Mości profesor jest już daleko - poinformował żak. Po tym zapewnieniu uczniowie zaczęli powoli i ostrożnie opuszczać swoje kryjówki.
 - Co teraz? - Ela uśmiechnęła się do jasnowłosego żaka.
 - A jak suponujecie? - zapytał ten.
 - What? - mruknął Radek pod nosem.
 - Czyli "jak przypuszczacie" - przetłumaczył mu Leon, najwyraźniej dumny ze swojej znajomości staropolszczyzny.


                                                               c. d. n.

wtorek, 12 czerwca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 19

 Tymczasem po chwilowym rozstrzygnięciu sprawy dziury ozonowej Monteskiusz postanowił dokończyć wreszcie czytanie twórczości Eli.
"Szukając go, otworzyłem odruchowo drewnianą, złotem inkrustowaną szkatułkę... w tym momencie zdało mi się, iż słyszę za plecami upiorny chichot..."
 - Czyżby nasza ekscentryczna koleżanka postanowiła naśladować Stephen'a King'a? - zapytał ironicznie Diogenes. Jego przyjaciel puścił tą uwagę mimo uszu i dalej zapoznawał go z nowelką.
 " "Wiem, że już po mnie, za dwa dnie stanie się ze mną to samo co z nimi. Chcę tylko przekazać, iż szkatułkę włożyłem do większego drewnianego pudła, na którym kładę ten rękopis. Rozumiem, że dosięgła mnie zasłużona kara..." - pod koniec tekst robił się coraz trudniejszy do odczytania, jakby istotnie pisał go ktoś ciężko chory. Krysia jednak nie przejęła się tym specjalnie... aż do momentu gdy znów zerknęła wgłąb pudła. Następnym znajdującym się w nim przedmiotem było drewniane pudełko. Dziewczynka dostała dreszczy, zdając sobie sprawę, że może właśnie w nim zamknięto straszną szkatułkę. Ostrożnie zajrzała do środka. Tak, znajdowała się tam inkrustowana złotem niewielka skrzyneczka... nie dotknęła jej jednak i wyłącznie dzięki temu przeżyła"
 - Koniec - oznajmił chłopiec, składając kartkę i chowając ją z powrotem do kieszeni.
 - Niezłe. Typowy horror. Są zjawiska paranormalne, straszne wydarzenia, ale bez wytłumaczenia - pokiwał głową Diogenes.
 - Mniej więcej to samo powiedziałem Eli.
 - I co ona na to?
 - Pamiętam dokładnie, zacytuję ci: "No wiesz, właśnie o to chodzi w zjawiskach paranormalnych. Gdyby można je było wyjaśnić, to nie byłyby paranormalne tylko zupełnie zwyczajne". Trudno jej odmówić racji, nie uważasz?
 - Niby tak, ale wydarzenia z opowiadania da się racjonalnie wytłumaczyć.
 - Ciekawe jak?
 - No, na przykład jakieś bakterie zamknięte w skrzyneczce...
 Zanim chłopcy zdążyli znów pogrążyć się całkowicie w naukowych rozważaniach, żacy zakończyli lekcję. Teraz szóstoklasiści musieli tylko poczekać aż ich średniowieczni znajomi wyjdą z sali i próbować również ją opuścić (bez zwracania na siebie jakiejkolwiek uwagi).



                                                                       c. d. n.

niedziela, 13 maja 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 18

 - Dobrze, chcesz poznać opowiadanko Eli do końca? - zapytał Monteskiusz, zanim zaczął czytać dalszy ciąg historii.
 - Chcę dotrwać do końca tej lekcji i nie umrzeć z nudów. A potem wrócić do dwudziestego pierwszego wieku z keyboardami, laptopami, dziurą ozonową i McDonaldem.
 - Czy ze szkodliwością dziury ozonowej ekoterroryści nie robią jednej wielkiej ściemy? - amator twórczości literackiej koleżanki był sceptyczny wobec marzeń przyjaciela i zajął się filozofowaniem na temat jego pragnień.
 - Może i robią... - westchnął Diogenes.
 Głośne czytanie opowiadania chwilowo uległo przerwaniu. Obaj chłopcy mieli zainteresowania naukowe i nawet w tak osobliwej sytuacji jak bycie ukrytymi w średniowiecznej szafie, podczas średniowiecznej lekcji muzyki, w czasach, które znali z lekcji historii (i, w najlepszym razie z książek i filmów popularnonaukowych) musieli wdać się w dokładne rozważania.

                                                                           ***

 Podczas gdy przyjaciele dyskutowali ze sobą, pilni żacy ćwiczyli śpiewanie w chórze.
 - Ty wiesz, że to mi się nawet bardziej podoba niż przeboje Bieber'a? - wyszeptała Poli do ucha jej przyjaciółka Lala. Ta spojrzała na nią z niedowierzaniem.



                                                                     c. d. n.

środa, 9 maja 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 17

 - Gdzie to ja byłem? - zastanowił się Monteskiusz.
 - Przy duchach i upiorach - podpowiedział mu Diogenes.
 - A, rzeczywiście. Co tam było dalej? - mówił chłopiec, wodząc wzrokiem po linijkach niezbyt starannie zapisanego tekstu. - O, już mam - oznajmił z zadowoleniem i podjął czytanie:
"Nabierałem przeświadczenia, że to przeze mnie, przez moje niechlujstwo, niedopilnowanie skrzynki, tej przeklętej skrzynki, owych ludzi już tu nie ma... że ich duchy będą się na mnie mścić. Tej jesieni dostałem przeziębienia, zwyczajnego i w rzeczy samej niegroźnego. W jego rezultacie zachowywałem się czasem niezbyt logicznie. Zdenerwowało mnie, że nie mogę nic znaleźć, także kołpaka skórzanego, futrem podszytego, dumy mojej..."
 - Jakiego znowu kołpaka?! Czy Elka i ta jej kuzynka mają źle w głowie...? Kołpaki są z metalu albo z plastiku, na pewno nie są podszyte futrem, na pewno nie używano ich w średniowieczu, bo wtedy jeszcze nie było samochodów... - mówił Diogenes, po początkowym wzburzeniu tonem naukowym i analitycznym, cichym głosem, jak to miał w zwyczaju i jak nakazywał rozsądek (wciąż siedzieli w szafie; Monteskiusz oświetlał sobie kartkę małą latarką na diody).
 - Mowa tu o staropolskim nakryciu głowy - odparł przyjaciel zwięźle i nieco wyniośle.




                                                                        c. d. n.

środa, 2 maja 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 16

 Po chwilowym osłupieniu Monteskiusz postanowił kontynuować czytanie na głos:
"Bałem się jej dotykać, więc za pomocą drąga drewnianego opuściłem wieko tego przerażającego przedmiotu. Następnie końcem tegoż samego drąga przesunąłem szkatułkę w kąt pokoju. Prawie o niej zapomniałem, jednak znów dała o sobie znać, gdy mą chałupę napadli rozbójnicy. Zaklinałem się, przysięgałem na wszystkie świętości, że nie mam tu nic cennego. Nie uwierzyli. Przetrząsnęli całe domostwo wzdłuż i wszerz aż w końcu dotarli do miejsca ukrycia skrzyneczki. Błagałem ich, by jej nie otwierali. Nie usłuchali. Najpierw, związanego, umieścili mnie w szopie. Potem dobrali się do tak, wydawałoby się, cennego łupu. Słyszałem ich jęki rozczarowania, gdy zobaczyli, że szkatułka jest pusta. Zaś dwa dni później jęki bólu, gdy umierali, zapewne wskutek otwarcia skrzyneczki..."
 - Zgroza... - skomentował Diogenes.
 - Faktycznie zgroza - zgodził się Monteskiusz i czytał dalej:
"Uwolnili mnie poczciwi sąsiedzi. Nie wiem jednak, czy nie byłoby dla mnie lepiej, gdybym wtedy z głodu, zimna oraz pragnienia zakończył swój żywot i nie musiał się martwić depozytem. Po upływie pewnego czasu zdarzyło się jeszcze kilka incydentów, gdy ktoś wiedziony niewiedzą lub głupotą otwierał pojemnik, a po dwóch dniach schodził z tego świata. Właściciel zaś feralnego przedmiotu nie nadchodził. Nareszcie uświadomiłem sobie, iż zostawił u mnie szkatułkę po to, by się jej pozbyć. Bardzo się bałem, tymczasem nawiedzały mnie coraz gorsze mary senne, duchy, upiory..."
 - Ma fantazję ta nasza Ela -  znów wtrącił się Diogenes.
 - Mówiła, że opisuje autentyczne wydarzenia.
 - Ona nie jest do końca normalna. Jako jedyna zachowuje się tak, jakby średniowieczne realia całkowicie jej odpowiadały. Gada z tym Antkiem... - analizował Diogenes.
 - Chyba nie jesteś zazdrosny - uśmiechnął się Monteskiusz. - Czekaj, nie skończyłem czytać opowiadania.




                                                           c. d. n.

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 15

 Monteskiusz i Diogenes, schowani w szafie zaczęli się nudzić.
 - Nie wiem jak ty, ale ja sądzę, że takie podróże w przeszłość są ryzykowne. Czekają na nas zagrożenia, które w życiu nie przyszłyby nam do głowy. Mam tu opowiadanie Eli o jej kuzynce, twierdziła, że jest oparte na faktach. Chcesz posłuchać? - zaproponował szeptem Monteskiusz, a gdy Diogenes przytaknął, zaczął cicho czytać z wyjętej z kieszeni kartki - "Pewnego dnia Krysia zeszła do piwnicy i otworzyła stojące w kącie kartonowe pudło. Było już tam bardzo długo, a jego zawartość  mogła mieć wiele lat. Uwagę dziewczynki przykuł rękopis na pożółkłym pergaminie. Postanowiła go odczytać. Oto jego treść: 
"Piszę to dla przestrogi i pożytku przyszłych pokoleń, które chciałbym ustrzec przed zgubnymi skutkami pewnych nieprzemyślanych działań. Któregoś dnia, a było to w Anno Domini 1425, do mej chaty zawitał wędrowiec. Zostawił mi maleńką, złotem inkrustowaną skrzyneczkę na przechowanie i przykazał nie otwierać. Ostrzegł, że ten, kto nie posłucha rozkazu, umrze w dwa dni później. Przez jakieś pół roku pudełeczko spoczywało w spokoju. Jednego dnia jednakże opuściłem dom na kilka godzin. Proszę sobie wyobrazić, co czułem, gdy wróciwszy, zobaczyłem otwartą skrzynkę. Obok bez zmysłów leżała moja żona, moja najmilejsza gołąbeczka! Najwyraźniej nie wiedziała o zakazie otwierania pojemnika. Dwa dni później rzeczywiście opuściła ten świat, nie odzyskawszy przytomności. O, ja nieszczęśliwy! Chciałem nawet dołączyć do niej, ale ciążyła mi świadomość nałożonej na mnie odpowiedzialności za śmiercionośną szkatułkę. Co w niej było? Nie wiem. Leżała pusta. Bałem się jej dotykać, więc..."  
- w tym momencie lektorowi czytanie przerwał zbiorowy śpiew żaków.




                                                        c. d. n.

sobota, 24 marca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 14

 Wykładowca groźnym wzrokiem potoczył po sali. Żacy siedzieli jak trusie.
 - Kto gra?!
 Oczywiście nikt się nie przyznawał. Profesor ruszył na obchód komnaty, marszcząc krzaczaste brwi. Kilku uczniów przeżyło moment grozy, paru jednak odetchnęło z ulgą - w tym Ronaldinho, który wreszcie poszedł po rozum do głowy i przestał grać. Należy pamiętać, że im dalej nauczyciel oddalał się od katedry, tym bezpieczniejszy stawał się intruz, sprytnie ukryty pod biurkiem (na zasadzie "najciemniej pod latarnią").
 Nie należy oskarżać wykładowcy o brak słuchu muzycznego na podstawie faktu, że nie domyślił się, iż dźwięk dobiega z okolic jego własnego biurka. Róg był w tak fatalnym stanie, że wydawane przez niego odgłosy mogłyby pochodzić z całkiem porządnego układu stereo, odtwarzającego najnowocześniejszy utwór kolejnej progresywnej kapeli heavy metal.
 Kiedy hałas ucichł, profesor postanowił tym razem darować sobie bezprzedmiotowe śledztwa i wrócić do prowadzenia przerwanej lekcji. Ronaldinho również zmądrzał i zamiast upajać się koszmarną kakofonią próbował nie zwracać na siebie uwagi.
 


                                                       c. d. n.

środa, 29 lutego 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 13

 Żacy usiedli grzecznie w ławkach. Wykładowca uniósł ręce i na ten znak popłynęła fascynująca... nie, przepraszam, "fascynująca" to nie jest dobre słowo - po prostu melodia, od której uszy... puchły. Wzburzony nauczyciel gwałtownie poruszył się i opuścił ręce
 Hałas ucichł.
 Nie do końca. Z wnętrza szafy dobiegało dziwne, modulowane buczenie czy też zawodzenie, które Leonowi skojarzyło się z sygnałem karetki pogotowia, a Pchełce z rogiem myśliwskim. Zdaniem Józi natomiast dźwięk brzmiał tak, jakby beztalencie muzyczne dorwało się wreszcie do czegoś, z czego potrafi wydobyć głos i zasłuchane, grało, grało i zamierzało grać tak aż do końca świata (zaś ten nie mógł nadejść wcześniej niż po pięciuset latach od momentu w czasoprzestrzeni, w którym się chwilowo znajdowali).
 Wniosek był jeden: Ronaldinho znalazł stary i zapewne popsuty róg myśliwski. Tym szóstoklasistom, którzy nagle uświadomili sobie ów fakt, z wrażenia ścierpła skóra. W każdej chwili szacowny nauczyciel mógł odkryć w sali ponad dwudziestu przybyszy z przyszłości. Sytuacja stawała się groźna...



                                                                     c. d. n.

sobota, 18 lutego 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 12

 Ich rozterki przerwał chrobot przekręcania klucza w zamku. Błyskawicznie poznajdywali sobie rozmaite kryjówki - i dobrze, bo ktoś właśnie uporał się z lekko zaciętym mechanizmem. Do sali wkroczyło kilkunastu żaków, na czele z Antkiem i kolejnym profesorem.
 Niektórzy nieśli tamburyna, inni lutnie, flety lub gęśliki.
 - Będą mieli muzykę - szepnął Radek.
 - Brawo, geniuszu - odszepnęła Józia z kpiącym uśmieszkiem.




                                                      c. d. n.

sobota, 11 lutego 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 11

 Wygląd izby nie wskazywał, jaka lekcja miała się w niej odbyć. Prawdopodobnie była to klasa wielofunkcyjna, wielkością (ale nie przeznaczeniem) przypominająca salę gimnastyczną. Witraże w oknach (umieszczonych po wschodniej stronie "komnaty") przedstawiały motywy kwiatowe i geometryczne. Katedra, jak należy ustawiona na podwyższeniu została wykonana z drewna sosnowego. Stał na niej ogromny kałamarz z okazałym gęsim piórem. Na jednej ze ścian wisiała harfa.
 Cóż mieli robić pozostawieni w przestronnym, pełnym zakątków pomieszczeniu szóstoklasiści? 
Ela weszła na masywną (czyżby gdańską? - nie, gdańskie zaistniały w nieco późniejszych czasach) szafę. Leon wolał (z uwagi na wzrost podobny Napoleonowi) schować się za meblem. Wraz z nim zmieściła się tam jeszcze drobniutka, ruchliwa Zosia. Nonia ukryła się między pomarańczowymi płótnami, gdzie jako osóbka o rudych włosach była praktycznie niewidoczna. Ronaldinho wybrał kryjówkę ryzykowną, mianowicie wpełzł pod nauczycielskie biurko. Ola miała ochotę przymierzyć profesorską togę, co jednak zostało jej skutecznie wyperswadowane przez życzliwe przyjaciółki. Przeważył argument, że nie byłoby jej do twarzy w ciemnych barwach. Monteskiusz i Diogenes przyglądali się uważnie wielkiemu regałowi z książkami.
 Reszta chwilowo stała zdezorientowana na samym środku sali.
Witraże w oknach przedstawiały motywy kwiatowe i geometryczne...




                                                           c. d. n.

piątek, 10 lutego 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 10

 - Co robimy? - zapytał podejrzliwie jeden z chłopców, dotąd nierobiący zbytniego zamieszania, a posiadający przezwisko "Ronaldinho" ze względu na osobliwe zamiłowanie do piłki nożnej.
 - Najrozsądniej będzie się schować, tak jak radził ten żak - odparł po namyśle przyjaciel Monteskiusza, z uwagi na stoickie podejście do życia i dobre wyniki w nauce nazywany Diogenesem (nie mylić z Dionizosem!).
 - Słusznie prawisz, młody panie o twarzy tragicznie bladej... - dobiegło gdzieś z poziomu kolan przeciętnego trzynastolatka.
 - Bladej, owszem. Od ślęczenia nad książkami i komputerem - mruknęła zgryźliwie Ela. Jej koledzy natomiast podejrzliwie spuścili wzrok.
 Jedyną żywą istotą, jaką ujrzeli, był... Kasper.
 - Uszczypnijcie mnie - poprosił Leon, najwyraźniej pragnąc tradycyjną metodą przekonać się, czy nie śpi. - Au! Nie tak mocno! - jęknął, gdy jego życzenie zostało spełnione przez Olę.
 - Alboliż to gadające zwierze takimi dziwami słyną być nazywane? - kwieciście zapytał kot. - Antonius łaskaw był zostawić klucz w zdobnym zamku, ergo muszę ja umykać z owej komnaty aby umieścić rem w miejscu przeznaczenia...
 - Ale hardcore... - westchnął Radek.
 - Nie pojmuję mowy twej, zanadto specyficznej, drogi młodzieńcze.
 - Obawiam się, że vice versa - zauważyła spostrzegawczo Ela. - Tymczasem, zacny potomku lwów, możesz bez obaw zrobić, co do ciebie należy - uczennica bez trudu wpasowała się w styl wypowiedzi stworzenia, które ukłoniwszy się jeszcze niczym Kot w Butach ze "Shreck'a" również opuściło salę.



                                                  c. d. n.

poniedziałek, 6 lutego 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 9

 Po chwili ociągania grupka uczniów podążyła za kotem o inteligentnym spojrzeniu. Kasper wyglądał, jakby wszystko rozumiał... przepraszam, rozu....miau. 
Szli szerokim korytarzem o sklepieniu krzyżowym. Mijali po drodze różne drzwi. Ale jakie to były drzwi! Raczej wrota. Ciężkie, rzeźbione drewniane wrota. 
Po kilku minutach średnio szybkiego marszu dotarli pod salę, której odrzwia były otoczone płaskorzeźbami w kształcie książek i liści.
Antek już na nich czekał.
 - Szybko, wchodźcie, zanim zejdzie się reszta. Zaraz by zaczęli wydziwiać, aż profesorowie domyśliliby się, że coś idzie nie po ich myśli i, przede wszystkim, bez ich wiedzy - oznajmił żak, otwierając drzwi dość dużym i dekoracyjnie wyglądającym kluczem. Szóstoklasiści widzieli takie klucze w krakowskim Muzeum Narodowym.
 - Skąd masz klucz? - zapytała podejrzliwie Pchełka.
 - To zasługa Kaspra - Antek, jakby dla podkreślenia swoich słów wskazał ręką kota. - Jest niezastąpiony, gdy chodzi o podobne rzeczy.
 - Twój zwierzak ma rozum - Pchełka pokiwała głową z uznaniem, a chłopiec rzucił jej oburzone spojrzenie.
 - Nie mów tak! Obraziłby się. To nie jest mój kot. Koty należą wyłącznie do siebie, nie można im nic rozkazać, tylko poprosić. I tak zrobią to, na co będą miały ochotę - żak w tym samym czasie dokończył myśl i otwieranie drzwi. - Wy się ukryjecie, a Kasper w tym czasie odniesie klucz.
 - Niby gdzie się ukryjemy? - zirytował się Innocenty, gdy wszyscy weszli do środka. W rzeczy samej, sala wykładowa stwarzała wiele możliwości schowania się, ale... dla osoby o normalnych gabarytach. Antek z dezaprobatą spojrzał na ładne kilka kilogramów nadwagi krakowskiego szóstoklasisty.
 - Cóż... jakoś sobie poradzicie. Powinienem się pojawić wraz z innymi żakami. A teraz niestety muszę was tu zamknąć i zostawić samych.
 Co mówiąc, wykonał.

                           c. d. n.

niedziela, 29 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 8

 - Ja się nigdzie nie ruszam - zapowiedziała z niesmakiem Nika.
 - Owszem, ruszasz się, i to zaraz. Nie wypada się spóźnić już pierwszego dnia - odparła kategorycznie Ela.
 - Jak to: pierwszego dnia?! Zostaniemy tu dłużej?! - przeraził się Sławek.
 - A jak inaczej to sobie wyobrażacie? Gdzież się podziejemy w tym średniowieczu? - Ela po raz któryś zrobiła minę niewiniątka - zresztą, zobaczcie jakie tu jest urocze zwierzę! Zaprzyjaźnijmy się z nim... - to mówiąc, dziewczynka wskazała na faktycznie uroczego, biało-czarnego kota o błyszczącym futerku. Wyjątkowo, nikomu jakoś nie przyszło do głowy, że próbuje tym samym odwrócić uwagę od siebie.
Kotek tymczasem zaczął ocierać się o nogi uczniów.
 - Jaki kochany... - uśmiechnęła się z fascynacją Mila.
 - Ma jakoś na imię? - zainteresowała się Filipa.
 - Kasper - zakomunikował Antek, znów pojawiając się we wrotach.
 - Kacperek... - większość dziewcząt, a nawet część chłopców zaczęła rozpływać się w zachwytach.
 - Kasper, dopilnuj ich, niech się pospieszą - powiedział Antek rozkazująco i nad głowami pozostałych mrugnął do Eli.
 Nikt oprócz niej tego nie zauważył.

Tak właśnie wyglądał kot Kasper, chodząc uliczkami średniowiecznego grodu i szukając myszy oraz... przygód.


c. d. n.

niedziela, 15 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 7

 - Chodźcie na lekcję! - zawołał do nich Antek przez uchylone drzwi.
 - Ile tych lekcji dzisiaj będzie? - przestraszył się Sławek.
 - Zostało na dzisiaj jeszcze siedem. Normalnie jest jedenaście. Oprócz tego dyżury przy szorowaniu podłogi, gotowaniu, przynoszeniu do misy wody do mycia się.
 - Gotowaniu? A co tutaj się jada? - zaciekawił się Innocenty, głaszcząc się po pękatym brzuszku.
 - Porcja chleba i wody doda wam urody - zaśmiał się Antek na odchodnym.


        c. d. n.

sobota, 14 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 6

 Po półgodzinie 25 szóstoklasistów, ucharakteryzowanych na średniowiecznych uczniów zebrało się w sali, w nie wiadomo jaki sposób załatwionej dla nich przez Antka.
 - Elka, rany, w coś ty nas wpakowała, do pioruna?! - syknął Leon władczo.
 - Ja...? - niewinnie zamrugała oczami.
 - No dobra, ten cały, jak mu tam, Antek. Tylko, że to ty z nim rozmawiałaś.
 - A tobie by lepiej poszło? Pomyśl. Załatwiłam nam tutaj wikt i opierunek...
 - Nie drwij, bezczelna kobieto - przerwał jej Monteskiusz.
 - Jaka znowu kobieto...? Tutaj robię za żaczka. Nam wikt i opierunek, a im trochę zabawy.
 - Polska Akcja Charytatywna, kurde... - skomentował Radek.

      c. d. n.

niedziela, 8 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 5

 - Nie, no aż tak źle nie będzie... klęczenie na grochu, bicie linijką i tym podobne.
 - A swoją drogą, co ja właściwie mam na sobie? - zaniepokoiła się Foksia.
 - Obawiam się, że to co my wszyscy, niestety... Ela, to twoja wina! Zrób coś! - zarządziła Daria. Oskarżona nie zareagowała, wciąż uśmiechała się zagadkowo.
 W międzyczasie lekcja się skończyła, a żacy rozpierzchli po sali.
 - Waćpanno, coś ty za jedna? - zapytał nagle Elę jasnowłosy żak o niebieskich oczach.
 - Jestem Ela... a to moi... - tutaj szóstoklasistka zastanowiła się przez moment - kompani.
 - Jak się tutaj dostaliście?
 - A jak ty masz na imię? - Ela z premedytacją wykorzystała jeden ze sposobów manipulacji, czyli na pytanie odpowiedziała pytaniem. I tak chłopiec nie uwierzyłby jej, gdyby powiedziała, że przybyli z XXI-wiecznej szkoły. Równocześnie uszczypnęła Leona, który już otwierał usta (wskutek jej zdecydowanej interwencji wydobyły się z nich jedynie słowa: "Auć! Za co?!").
 - Jestem Antek - uśmiechnął się chłopiec. - Może zostaniecie tu na trochę? Pomogę wam przebrać się za tutejszych żaków. Ciekawiej znów będzie.
 - Z chęcią skorzystamy z gościny... - Ela dygnęła wdzięcznie, niczym najprawdziwsza dama.


        c. d. n.

sobota, 7 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 4

 - Co to ma być? - zdziwił się Sławek.
 - Ostrzegałam was...
 - No dobra, a co on właściwie powiedział? - zapytała Józia.
 - "Uszu używaj częściej niż języka". Po prostu Władysław nie słuchał profesora, który się o to zdenerwował - wytłumaczyła Ela.
 - A teraz co mówi? - zapytał Radosław.
 - Że ledwo co się pozbyli Nawojki, a już kolejny problem. A teraz jeden narzeka, że już jej nie ma , podobno była sympatyczna. Żałują, że nie uczą się przyrody. Oj...
 - Co takiego? - zdziwił się Leon.
 - Nauczyciele zamierzają karać za bezczelność...
 - W jaki sposób? - zainteresował się tym razem Innocenty. - Łamanie kołem?

               c. d. n.

piątek, 6 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 3

 Obniżyła się temperatura. Ściany pociemniały. W pewnej chwili uczniowie zauważyli, że nie siedzą już w ławkach. O, nie. Byli ciasno stłoczeni w kącie ciemnawej sali. Wyglądała, można by rzec, bardzo średniowiecznie. Po drugiej stronie pomieszczenia, częściowo zakryci przez rząd ustawionych koło siebie posągów zgromadzeni byli jacyś ludzie.

 Ktoś ubrany w togę profesorską oznajmił:
 - Auribus frequenitius quam lingua utere, Władysław.
 Skarcony żak skinął pokornie głową.

    c. d. n.

czwartek, 5 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 2

 - Łatwo ci mówić, geniuszu jeden - naskoczyła na niego Telimena.
 - No dokładnie! Nie każdy tak rozumie matmę - poparła ją Nika, robiąc minę cierpiętnicy.
 - Nawet mało kto... - uzupełnił Sławek.
 - Trzeba się było uczyć - stwierdziła Filipa tonem najzupełniej wyluzowanym.
 - Filipa, daj spokój - mruknęła Pchełka. - I tak już jestem strasznie zdenerwowana, zobaczcie, jakie mam zimne ręce, boję się...
 - Kiedyś ludzie bali się burzy, najeźdźców, powodzi, trzęsień ziemi, a wy co? Bledniecie na samą myśl o takiej formalności?! Dawniej to byłby zaszczyt, wziąć udział w takim egzaminie! - zauważyła Nonia.
 - Gdzie te czasy... - z ironicznie zatroskanym wyrazem twarzy pokiwała głową Wiola.

 Ela, która dotąd zabrała głos tylko raz, a potem zajmowała się starannym ułożeniem rzeczy na ławce, wyjęła z piórnika drewniany ołówek i zaczęła nim wykonywać różne dziwne zawijasy, kojarzące się z celtyckimi runami.
 - Uważajcie, żeby wasze życzenia się przypadkiem nie spełniły - powiedziała nagle i zamilkła.
 Najwyższy już był na to czas, bo nauczyciele zaczynali rozdawać kartki z tekstem sprawdzianu. "W dawnych szkołach" - tak brzmiał temat. Jak na ironię.

 Zanim jeszcze opiekunowie zdążyli wytłumaczyć wszystkie sporne kwestie i odpowiedzieć na pytania etatowych dyskutantów, COŚ zaczęło się dziać...

   c. d. n.

środa, 4 stycznia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 1

 Pewnego słonecznego, kwietniowego dnia w szkole podstawowej odbywał się sprawdzian kompetencji. Przybyli wszyscy uczniowie klas szóstych. Uczestników wpuszczono na salę, oczywiście po sprawdzeniu legitymacji. Obyło się bez incydentów. Jedna z uczennic, Nika westchnęła:
 - Pomyśleć, że kiedyś osoby płci żeńskiej nie musiały chodzić do szkół... nie miały obowiązku wiedzieć, ile to jest 10% z dziesięciu, ani ile wynosi 16,05 pomnożone przez 3,74...
 - Nie tyle nie musiały, co nie miały prawa - chłodno sprecyzowała Ela.
 - To miały szczęście! - jęknął Sławek. - Nie wiem, czy zdam ten test...
 - Z całym szacunkiem, ale sprawdziany kompetencji, jeśli chodzi o przedmioty ścisłe są naprawdę bardzo proste - wtrącił się chłopiec zwany Monteskiuszem.

        c. d. n.