Szli szerokim korytarzem o sklepieniu krzyżowym. Mijali po drodze różne drzwi. Ale jakie to były drzwi! Raczej wrota. Ciężkie, rzeźbione drewniane wrota.
Po kilku minutach średnio szybkiego marszu dotarli pod salę, której odrzwia były otoczone płaskorzeźbami w kształcie książek i liści.
Antek już na nich czekał.
- Szybko, wchodźcie, zanim zejdzie się reszta. Zaraz by zaczęli wydziwiać, aż profesorowie domyśliliby się, że coś idzie nie po ich myśli i, przede wszystkim, bez ich wiedzy - oznajmił żak, otwierając drzwi dość dużym i dekoracyjnie wyglądającym kluczem. Szóstoklasiści widzieli takie klucze w krakowskim Muzeum Narodowym.
- Skąd masz klucz? - zapytała podejrzliwie Pchełka.
- To zasługa Kaspra - Antek, jakby dla podkreślenia swoich słów wskazał ręką kota. - Jest niezastąpiony, gdy chodzi o podobne rzeczy.
- Twój zwierzak ma rozum - Pchełka pokiwała głową z uznaniem, a chłopiec rzucił jej oburzone spojrzenie.
- Nie mów tak! Obraziłby się. To nie jest mój kot. Koty należą wyłącznie do siebie, nie można im nic rozkazać, tylko poprosić. I tak zrobią to, na co będą miały ochotę - żak w tym samym czasie dokończył myśl i otwieranie drzwi. - Wy się ukryjecie, a Kasper w tym czasie odniesie klucz.
- Niby gdzie się ukryjemy? - zirytował się Innocenty, gdy wszyscy weszli do środka. W rzeczy samej, sala wykładowa stwarzała wiele możliwości schowania się, ale... dla osoby o normalnych gabarytach. Antek z dezaprobatą spojrzał na ładne kilka kilogramów nadwagi krakowskiego szóstoklasisty.
- Cóż... jakoś sobie poradzicie. Powinienem się pojawić wraz z innymi żakami. A teraz niestety muszę was tu zamknąć i zostawić samych.
Co mówiąc, wykonał.
c. d. n.