Poprzedniego dnia Florka do późna oglądała telewizję. Prawdę mówiąc, było to 31 grudnia. Jej rodzina wybrała się na imprezę, lecz ona musiała zostać w domu.
Punktualnie o wpół do dwunastej rozległ się dzwonek do drzwi.
- Hanka? - zapytała, z niemal niedostrzegalnym oporem otwierając drzwi koleżance.
- Zobacz, przyniosłam fajerwerki! Akurat mieszkasz na przedmieściu, to jest miejsce, żeby je wystrzelić.
- O, rany - jęknęła Florka. Hanka miała dwie lewe ręce i bardziej było prawdopodobne, że wysadzi w powietrze pół miasta, niż że uda jej się bezpiecznie odpalić petardę czy fajerwerk, powodując ładne widoki, a nie katastrofę. Nie dalej niż miesiąc wcześniej Florę o drugiej dwadzieścia w nocy obudził telefon od spanikowanej Hani, która informowała:
- Słuchaj, Flora! Ja dzisiaj po powrocie ze szkoły strąciłam z półki kwas solny...
- Co z tego...? - ziewnęła zaspana i wściekła koleżanka.
- No i ten kwas był niedokręcony i się rozlał, bo ja kilka dni temu przeprowadzałam eksperymenty, i chyba go nie dokręciłam... - sapała Hanka - i ten kwas rozpuścił podpórkę, wiesz, tę podtrzymującą książki, żeby nie spadły... bo ten kwas spadł na niższą półkę, zamiast na podłogę, pamiętasz, moja mama jest chemikiem i na wyższych półkach trzyma różne substancje...
- Że co?! Co ty mówisz?! - przerwała jaj przyjaciółka, próbując zrozumieć ten natłok wydarzeń, które najwyraźniej spotkały dziewczynkę. Ona jednak, nie zważając na to pytanie, kontynuowała.
- Czasem pozwala mi z nimi eksperymentować, zupełnie nie wiem, czemu niektórzy z jej znajomych twierdzą, że to nieodpowiedzialne... więc na wyższych półkach ma odczynniki, a na niższych książki, no i te książki spadły, przewróciły ten duży, wysoki wazon, z którego wylała się woda, ale to nie jest najgorsze, bo wiesz, ten wazon razem z resztką wody przewrócił się na stolik multimedialny, i woda zmoczyła laptopa i głośniki, a wazon rozbił telewizor, a laptop zaczął się palić, bo pewnie było spięcie, i od tego laptopa zapaliła się drewniana szafa z futrami, i wyleciały z niej wszystkie mole, naprawdę, nie rozumiem, dlaczego rodzice kupują tą głupią lawendę, zamiast po prostu użyć ognia, przecież to taka skuteczna metoda, i ta szafa ciągle się pali... - paplała Hanka bez ładu i składu.
- Dość! - wrzasnęła skołowana Flora do słuchawki. - I dlaczego, do septyliarda piorunów do mnie z tym dzwonisz?!
- Czekaj, jeszcze nie skończyłam! W tej szafie na szczęście nie ma maminego futra z norek, bo rodzice są na przyjęciu...
- To od razu dzwoń na straż pożarną!
- Niezły pomysł, nie przyszło mi to do głowy...
Lekkomyślność Hanki była więc wprost przerażająca, zwłaszcza, że wówczas Florka odnosiła wrażenie, iż gdyby miała pod ręką koleżankę i jakiekolwiek narzędzie tortur (na przykład nagranie wszystkich odcinków którejś z brazylijskich telenowel), niewątpliwie skończyłoby się to nieprzyjemnie. Straż na szczęście odratowała cudem mieszkanie Hani, winowajczyni za karę musiała jedynie zrobić porządek w kwaterze (jej reakcja brzmiała: "Co?! Mam posprzątać cały ten bajzel?!"). W każdym razie dziewczę to absolutnie nie miało szczęścia do ognia i pozwolenie jej na odpalenie fajerwerków byłoby niemal równoznaczne z samobójstwem, toteż Florka chętniej pozwoliłaby się zamarynować w occie i ugotować w przesolonym barszczu, okraszonym dwoma grzybkami, niż wydać takową zgodę.
- To jak? Pomożesz mi?
- A pamiętasz, co było miesiąc temu?
- To, że musiałam sprzątać straszny bajzel? To było nieludzkie, co nie?
- Akurat mam na myśli twoją masakrę kwasem solnym - syknęła przez zęby Florka.
- To był wypadek przy pracy...
- A jak rok temu wysłałaś w kosmos na fajerwerku mojego chomika? Cud, że przeżył, tyle, że do tej pory świeci w nocy...
- Przynajmniej masz darmową lampkę nocną - Hanka wzruszyła ramionami, a koleżanka rzuciła jaj mordercze spojrzenie.
- Albo jak na technice ogłoszono alarm pożarowy, a okazało się, że to twoje śniadanie się fajczy. Albo jak odkryłaś w kieszeni plecaka 50 gramów zeszłorocznej pleśni. Albo jak na polskim coś pachniało dymem i okazało się, że to podpalona chusteczka...
- To akurat sprawka Jacka...
- Nieważne, rozpędziłam się. Równie dobrze mogłaby być twoja, tyle, że ty byś tego nie zrobiła z premedytacją.
- Dlatego to ty odpalisz fajerwerki. Tobie się wszystko udaje.
"Oprócz znalezienia towarzystwa, w którym moje życie nie jest w każdej chwili narażone na niebezpieczeństwo", pomyślała Florka, lecz posłusznie ubrała swój ulubiony płaszcz moro i kozaczki. Wyszły przed dom i przeszły na drugą stronę ulicy, gdzie rzeczywiście znajdował się placyk, który byłby wręcz idealny do zajęć pirotechnicznych, gdyby nie porastająca go sucha trawa, która, jak wiadomo, jest łatwopalna.
- To może zacznijmy od przeczytania instrukcji - zasugerowała cierpko Flora.
- Nudzisz - ziewnęła Hanka. - Ale jak chcesz, czytaj. Tu są - wyjęła owinięty papierem pakunek z plecaka.
Jej koleżanka podejrzliwie przyjrzała się fajerwerkom.
- Hanka? - powiedziała nagle dziwnym głosem.
- Tak? - mruknęła przyjaciółka tonem raczej znudzonym. - Pospiesz się trochę.
- Gdzieś ty kupiła te fajerwerki?
- U jednego Tatara na rynku, w promocyjnej cenie...
- Hanka!
- Co? Masz pretensje, że wykorzystuję okazje?
- Nie! Jeśli już, to mam pretensje, że dajesz sobie wcisnąć kit!
- Jak to?
- Po pierwsze, to ma jakieś 50 lat, może nawet więcej...
- Czy wtedy już znano fajerwerki?
- Nie mam pojęcia.*
- Ale miały taką ładną etykietę!
- Etykieta jest z zeszłego roku, ściągnięta z czegoś innego. A to jakiś złom z napisami po rusku.
- Skąd wiesz, że po rusku? Nie znasz przecież rosyjskiego?
- Cyrylicą w każdym razie.
Nastąpił powolny proces kojarzenia faktów.
- Myślisz, że kupiłam niewybuchy z czasów Drugiej Wojny Światowej?
- Nie żebym coś sugerowała - westchnęła Flora, dobitnie sugerując, że to właśnie myśli.
* Fajerwerki znano już w starożytnych Chinach.