wtorek, 31 grudnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 59

 Poprowadził ich wąskim, ciemnym korytarzem. On szedł z przodu, zaś straż tylną stanowił Cerber.
  - Dobrze, że nie ma tu Inka - szepnął Radek. - Nie zmieściłby się.
 Cichutki chichot grupy jeńców (bo tak zdążyli się poczuć przyjaciele) na szczęście nie zwrócił uwagi strażnika. Szli, szli... czuli się tak, jakby pokonali już dziesiątki kilometrów. Wiadomo - atmosfera podziemi i panujący wokół mrok sprzyjały podobnym wrażeniom. Spodziewali się, z początku, że wkrótce spotkają jakiegoś wielce surowego magnata, czy może generała... Z każdym krokiem jednak nabierali coraz silniejszego przeświadczenia, że już nigdy nie ujrzą światła dziennego.
 Ela zaczęła liczyć kroki. Po 1322 znudziło jej się i zabrała się za liczenie po hiszpańsku. Tym  razem dotarła do 2843 i przerzuciła się na francuski. Z niepokojem obserwowała stopniowe obniżanie się tunelu. Rozejrzała się na wszystkie strony. Zauważyła przy tym słabe światło, sączące się z góry. Korytarz nieco rozjaśniało coś, co było wmontowane w powałę! Z zaskoczenia zmyliła rachunek. Przypominało trochę te nowoczesne "świetliki dachowe", jednak musiało to być coś innego. Świetliki widoczne byłyby na zewnątrz, a poza tym wiek podziemi raczej wykluczał skomplikowane współczesne konstrukcje. Kamienie, które świecą same z siebie? Mało prawdopodobne... Diody typu LED? No cóż... kto wie. Na wszelki wypadek postanowiła zwrócić na dziwne zjawisko uwagę przyjaciół. Trąciła Leona w ramię.
 - Co w podziemiach średniowiecznego zamku robią takie... urządzenia? - nieznacznie wskazała sklepienie.
 - Hmm...
 - Świecą? - delikatnie zasugerował Radek, podchwyciwszy wątek.
 - Taki suchar, że aż mi się zachciało pić - stwierdziła Daria.
 - Jedno z drugim raczej nie ma związku, po prostu już długo idziemy - Ela wykazała przytomność umysłu.
 - Cholernie długo - zgodził się Radek.
 - Ktoś wie, która teraz jest godzina? - zastanowił się Leon. Wszyscy po kolei pokręcili głowami.
 - Zapomniałam zegarka, a bateria w telefonie mi się wyładowała przy okazji dzwonienia do Darii.
 - Mnie się wyładowała już wcześniej, w autokarze grałem, a potem jeszcze puszczałem muzykę - na wszelki wypadek zaznaczył Leon.
 - Ela dzwoniła bez sensu, zostawiłam komórkę w domu. Radek, a ty?
 - Popatrzcie - chłopiec wyciągnął z kieszeni czarnego smartfona i wskazał na wyświetlacz. Wewnętrzny zegar komórki jakby zwariował. Co chwilę pokazywał inną godzinę.
 - Rozumiem, że u ciebie czas ustawia się automatycznie? Na podstawie sygnału radiowego, albo jakiegoś innego? - Ela jak zwykle zabrała się za analizę faktów.
 - Widocznie tak - odparł kolega. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał.
 Ela była w swoim, naukowo-detektywistycznym, żywiole.
 - Niedaleko stąd musi być stacja nadawcza, która emituje sygnał... właściwie wygląda na to, że jest ich kilka, i każda podaje inną godzinę, są niezzsynchronizowane. Nie mam pojęcia po co taka kombinacja...
 Jej rozważania zostały brutalnie przerwane.
 Skręcili w prawo, spodziewając się dalszego ciągu tunelu.
 A jednak było tam coś, co wyglądało jak pokoik portiera.
 W dodatku wejście natychmiast zostało zamknięte.
 W zaistniałej sytuacji temat "świetlików" wygasł (nomen omen) w sposób naturalny.


c. d. n.