Budzę się o ósmej – przynajmniej, taką godzinę
wskazuje mój zegarek. Włosy falują wokół mojej głowy jak motyle. Odpinam pasy,
zabezpieczające mnie.
Wstaję.
Na początku mam problemy z orientacją w przestrzeni,
ale nie ma rady, czas na śniadanie. Nie mogę marnować drogocennych chwil na
bezowocne próby znalezienia góry i dołu.
Szukając tubek z
mieszanką witaminową, naszym codziennym porannym posiłkiem, myślę o mojej
rodzinie, która została w domu. Która jest godzina w tej malutkiej wsi w
Ameryce Południowej? Tutaj używamy UTC, uniwersalnego czasu koordynowanego.
Wyliczam szybko: w mojej ojczyźnie jest czwarta rano. Czyli wszyscy śpią.
Myślenie o czymś dobrze
znanym w takim miejscu jak to jest złym pomysłem. Tęsknota przeszkadza w pracy
naukowej. Muszę zbadać próbki skał.
Jeszcze jedno
melancholijne spojrzenie za okno przed rozpoczęciem pracy.
Ta niebieska planeta za
oknem przypomina mi o przeszłości. Lecz… przeszłość nosi taką nazwę, bo już
przeszła i nigdy nie wróci.
To prawdziwy świat do
góry nogami, na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Bez grawitacji, bez obcych
ludzi, bez tak irytujących owadów…
Bez poczucia góry i dołu.
Już prawie zapomniałam
życie na Ziemi.
Pewnego dnia wrócę.