Wyszli na powierzchnię urokliwymi, krętymi, kamiennymi schodkami. "Architekt miał dobry gust" - pomyślała Pchełka.
Antek zapukał w drewniane drzwiczki: jedno lekkie puknięcie, trzy mocniejsze, potem znowu dwa lżejsze i krótkie bębnienie palcami. Uczniowie łatwo domyślili się, że był to szyfr.
Po chwili gospodarz uchylił lekko drzwi.
- Ach, to ty, Antonius! - ucieszył się na początku. Po chwili entuzjazm w jego głosie osłabł - i około dwóch dziesiątek innych pacholąt...
- Dokładnie dwadzieścia pięć osób - uściśliła Ela tonem dobrze wychowanej panienki.
- O, i El... ten, no, elokwentne stwierdzenie! Hmmm... jak się zwiesz, El... elokwentna dziewczyno?
- Ela.
- Czy możemy wejść, mistrzu Fulgencjuszu? - zapytał żak, przerywając dziwną rozmowę.
- Ależ tak, tak, oczywiście... - dopiero teraz alchemik otworzył podwoje dostatecznie szeroko, by uczniowie mogli przestąpić tą niecodzienną drogą próg jego pracowni oraz... zobaczyć jej właściciela.
c. d. n.