wtorek, 24 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 27

  Wyszli na powierzchnię urokliwymi, krętymi, kamiennymi schodkami. "Architekt miał dobry gust" - pomyślała Pchełka.
  Antek zapukał w drewniane drzwiczki: jedno lekkie puknięcie, trzy mocniejsze, potem znowu dwa lżejsze i krótkie bębnienie palcami. Uczniowie łatwo domyślili się, że był to szyfr.
  Po chwili gospodarz uchylił lekko drzwi.
  - Ach, to ty, Antonius! - ucieszył się na początku. Po chwili entuzjazm w jego głosie osłabł - i około dwóch dziesiątek innych pacholąt...
  - Dokładnie dwadzieścia pięć osób - uściśliła Ela tonem dobrze wychowanej panienki.
  - O, i El... ten, no, elokwentne stwierdzenie! Hmmm... jak się zwiesz, El... elokwentna dziewczyno?
  - Ela.
  - Czy możemy wejść, mistrzu Fulgencjuszu? - zapytał żak, przerywając dziwną rozmowę.
  - Ależ tak, tak, oczywiście... - dopiero teraz alchemik otworzył podwoje dostatecznie szeroko, by uczniowie mogli przestąpić tą niecodzienną drogą próg jego pracowni oraz... zobaczyć jej właściciela.




                                                                         c. d. n.