niedziela, 19 sierpnia 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 28

  Robił sympatyczne wrażenie, nie kojarzył się z tymi słynnymi alchemikami-czarnoksiężnikami, o północy szepczącymi zaklęcia nad wywarem z ropuchy... Patrząc na niego, trudno było nawet uwierzyć w słowa Antka, twierdzącego, że można nabyć w jego pracowni truciznę... Właściwie to raczej mistrz Fulgencjusz kojarzył się z osobą, wobec której można toksyny zastosować (w postaci hamburgerów i hotdogów). Jego brzuch był przyjemnie zaokraglony, wypisz wymaluj jak u wielu współczesnych nam biznesmenów i innych ludzi. Choć, uczciwie mówiąc, wciąż dominuje w świadomości wizerunek tłuściutkiego szlachcica, ledwie mieszczącego się w swoim pasie słuckim...  więc może jednak nie trzeba łączyć kształtów alchemika z działalnością fastfood'ów?
  Nosił okulary. Cóż, nie powinno to budzić wielkiego zdziwienia, podobno już rzymski cesarz Neron oglądał walki gladiatorów przez szmaragd, oczywiście specjalnie wyszlifowany, a w Europie okulary korekcyjne pojawiły się w XIV wieku. Co prawda, Józia i Lala przyjrzały się uważnie, podejrzliwie i z zaciekawieniem, czy aby na pewno na binoklach nie ma nazwy marki, ale z rozczarowaniem musiały przyznać: nie było.
  Był dość wysoki (jak na tamte czasy). Miał szpakowate włosy i szare, bystre oczy. Budził zaufanie, ale też wyglądał na sprytną osobę. Nic jednak nie wskazywało na to, żeby miał wykorzystać swój spryt przeciwko grupce, zagubionej w czasoprzestrzeni. Może nawet istniały szanse na uzyskanie od niego jakiejś pomocy?
  Wszyscy weszli do jego zacisza i o dziwo zmieścili się tam, nie robiąc tłoku.



                                                                          c. d. n.