Grupka uczniów rozglądała się dookoła, komentując z cicha, wytrzeszczając na wszystko oczy i coraz bardziej upodabniając się do stada podenerwowanych ratlerków. Gospodarz spróbował skupić na sobie uwagę, klaszcząc w dłonie. Cóż, bez rezultatu. Nie był nauczycielem, żeby wiedzieć, że tak banalne i nieinwazyjne środki nie działają na wychowanków szkoły. Podniósł trochę głos:
- Hej! Hej, kochani... - większość nastolatków nie raczyła nawet na niego spojrzeć. Widząc udrękę alchemika, Antek podszedł do niego i zaczął tłumaczyć na stronie (czyli w kącie sali) przyczyny, dla których sprowadził tę bandę urwipołciów w owo miejsce.
- Jak nad nimi zapanować? Muszę im wytłumaczyć, żeby niczego nie dotykali... - powiedział bezradnie pan Fulgencjusz.
- Poproszę Elkę - odparł Antek i poszedł po dziewczynę. - Co robią wasi profesorowie, żebyście ich słuchali? Jak mistrz alchemii może zwrócić waszą uwagę? Musi wytłumaczyć kilka spraw, aby uniknąć zawirowań...
Ela przez chwilę wyglądała tak, jakby miała bardzo dużo do powiedzenia i nie mogła się zdecydować, od czego zacząć. W końcu z jej ust wyszły dwa słowa:
- Spróbujcie dzwonkiem.
Gospodarz otworzył jeden z kufrów i zaczął go przeglądać. Po przesunięciu w bok niedźwiedziej skóry wyjął pokaźny krowi dzwonek.
- Ten będzie dobry?
- Za duży - uczennica pokręciła głową.
Chwilę później ze skrzyni wyłonił się maleńki, może trzy-centymetrowej wysokości srebrny dzwoneczek, udekorowany misternymi rzeźbieniami.
Eli opadły ręce.
c. d. n.