wtorek, 31 grudnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 59

 Poprowadził ich wąskim, ciemnym korytarzem. On szedł z przodu, zaś straż tylną stanowił Cerber.
  - Dobrze, że nie ma tu Inka - szepnął Radek. - Nie zmieściłby się.
 Cichutki chichot grupy jeńców (bo tak zdążyli się poczuć przyjaciele) na szczęście nie zwrócił uwagi strażnika. Szli, szli... czuli się tak, jakby pokonali już dziesiątki kilometrów. Wiadomo - atmosfera podziemi i panujący wokół mrok sprzyjały podobnym wrażeniom. Spodziewali się, z początku, że wkrótce spotkają jakiegoś wielce surowego magnata, czy może generała... Z każdym krokiem jednak nabierali coraz silniejszego przeświadczenia, że już nigdy nie ujrzą światła dziennego.
 Ela zaczęła liczyć kroki. Po 1322 znudziło jej się i zabrała się za liczenie po hiszpańsku. Tym  razem dotarła do 2843 i przerzuciła się na francuski. Z niepokojem obserwowała stopniowe obniżanie się tunelu. Rozejrzała się na wszystkie strony. Zauważyła przy tym słabe światło, sączące się z góry. Korytarz nieco rozjaśniało coś, co było wmontowane w powałę! Z zaskoczenia zmyliła rachunek. Przypominało trochę te nowoczesne "świetliki dachowe", jednak musiało to być coś innego. Świetliki widoczne byłyby na zewnątrz, a poza tym wiek podziemi raczej wykluczał skomplikowane współczesne konstrukcje. Kamienie, które świecą same z siebie? Mało prawdopodobne... Diody typu LED? No cóż... kto wie. Na wszelki wypadek postanowiła zwrócić na dziwne zjawisko uwagę przyjaciół. Trąciła Leona w ramię.
 - Co w podziemiach średniowiecznego zamku robią takie... urządzenia? - nieznacznie wskazała sklepienie.
 - Hmm...
 - Świecą? - delikatnie zasugerował Radek, podchwyciwszy wątek.
 - Taki suchar, że aż mi się zachciało pić - stwierdziła Daria.
 - Jedno z drugim raczej nie ma związku, po prostu już długo idziemy - Ela wykazała przytomność umysłu.
 - Cholernie długo - zgodził się Radek.
 - Ktoś wie, która teraz jest godzina? - zastanowił się Leon. Wszyscy po kolei pokręcili głowami.
 - Zapomniałam zegarka, a bateria w telefonie mi się wyładowała przy okazji dzwonienia do Darii.
 - Mnie się wyładowała już wcześniej, w autokarze grałem, a potem jeszcze puszczałem muzykę - na wszelki wypadek zaznaczył Leon.
 - Ela dzwoniła bez sensu, zostawiłam komórkę w domu. Radek, a ty?
 - Popatrzcie - chłopiec wyciągnął z kieszeni czarnego smartfona i wskazał na wyświetlacz. Wewnętrzny zegar komórki jakby zwariował. Co chwilę pokazywał inną godzinę.
 - Rozumiem, że u ciebie czas ustawia się automatycznie? Na podstawie sygnału radiowego, albo jakiegoś innego? - Ela jak zwykle zabrała się za analizę faktów.
 - Widocznie tak - odparł kolega. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał.
 Ela była w swoim, naukowo-detektywistycznym, żywiole.
 - Niedaleko stąd musi być stacja nadawcza, która emituje sygnał... właściwie wygląda na to, że jest ich kilka, i każda podaje inną godzinę, są niezzsynchronizowane. Nie mam pojęcia po co taka kombinacja...
 Jej rozważania zostały brutalnie przerwane.
 Skręcili w prawo, spodziewając się dalszego ciągu tunelu.
 A jednak było tam coś, co wyglądało jak pokoik portiera.
 W dodatku wejście natychmiast zostało zamknięte.
 W zaistniałej sytuacji temat "świetlików" wygasł (nomen omen) w sposób naturalny.


c. d. n.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

UWAGA! Zmiana tytułu opowiadania ;-)

Niniejszym zmieniam tytuł opowiadania ze "Szkoła, szkoła..." na "Szalone Perypetie". Kolejne odcinki będą się ukazywać pod tą właśnie nazwą.

wtorek, 10 grudnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 58

 Dozorca wykazał się jednak dużą dozą opanowania i cierpliwości, jak przystało na przedstawiciela tego, na pierwszy rzut oka monotonnego zawodu.
 - A co ja mam z takimi zrobić, no, zgubieńcami*... - powiedział z lekkim niesmakiem.
 - Najlepiej pomóc nam stąd wyjść - Daria uroczo błysnęła białymi ząbkami, niepotrzebującymi żadnego aparatu (Ela, stała pacjentka ortodonty, acz nie obarczona jeszcze stałym przyrządem prostującym zęby, spojrzała na nią z leciutką zazdrością).
 - Pozbędzie się pan kłopotu - Radek zachęcająco poparł koleżankę.
 - A, no, niby tak... Tylko widzą dzieciaki, ja mam, smarkacze, przykaz, coby to intruzów, taka ich mać owaka, zwierzchnikowi meldować...
 Leon poczuł, że jeszcze jedna usłyszana wypowiedź pana Charonowskiego i on sam zacznie mówić jak upośledzony psychicznie, odizolowany przez wiele lat od ludzi, acz gadatliwy i wyraźnie znudzony stały bywalec budek z piwem (co samo w sobie stanowiło sprzeczność).
 - Ale po co sobie komplikować życie - dołączył do przyjaciół w ich uprzejmych perswazjach.
 - A, bo, widzicie, malcy, nudne życie dozorcy jest i mało urozmaicone. Tylko łazić po tych korytarzach, i szukać takich jak wy. A dla rekreacyi jakowejś to tylko księgi stare bardzo można poczytać albo to pudło, telewizorem zwane, włączyć. A tam farmazony same plotą i piwko żłopią, o, jak w tym takim szoł, jak mu tam było... Kwiat podłóg Pieskich? Toż tam badziewie samo, a człowiek ogląda, bo co ma w tym czasie zrobić, no... Albo te programy, jak oni to mówią, policystyczne? Te co wszyscy udają mądrali, a sami kiełbie we łbie mają... Kiełbie czy chełbie? Jak to było? Już całkiem człowiek, no, zapomina, widzicie, jak to jest, dzieciaki... Gęby nie ma do kogo otworzyć...
 Mówił i mówił. Szóstoklasiści coraz bardziej byli pewni, że spóźnią się na umówioną wcześniej, jeszcze w autokarze, z nauczycielami, zbiórkę. Po kilku minutach wymieniania nerwowych spojrzeń i zerkania na zegarek Eli Leon postanowił się odezwać.
 - Przepraszam, czy pan ma jakiś harmonogram? Czy ma pan czas prowadzić z nami tą dyskusję?
 "A raczej monolog", pomyślał chłopiec, zakończywszy wypowiedź. Wiedział jednak, że określenie "dyskusja" zabrzmi znacznie taktowniej.
 - Ja wiem o co wam chodzi. Wy się o czas martwicie! - rzucił dozorca triumfalnie. - Wy się nie macie czego obawiać. Tu czas płynie inaczej.
 - Jak to? - Daria tym razem przyjrzała się podejrzliwie ekscentrycznemu staruszkowi.
 - A, no tak! Jesteśmy bliżej środka Ziemi, niż gdybyśmy byli na powierzchni. A punkty we wnętrzu Ziemi poruszają się wolniej niż te na zewnątrz. Czas płynie szybciej, gdy obiekt porusza się wolniej...
 - Różnica byłaby minimalna - zauważyła sceptycznie Ela.
 - A czy wy wiecie, jak my głęboko jesteśmy pod ziemią? - pan Charonowski wyszczerzył zęby.


*To słowo nie jest dowodem braku znajomości języka polskiego przez autorkę, a jedynie swoistym slangowym neologizmem nietypowego bohatera.

piątek, 8 listopada 2013

"Szalone perypetie" cz. 57

 - Wychodzimy? - szepnęła Daria. - Droga wolna.
 - A jak to sobie wyobrażasz? - zainteresowała się Ela. Tym razem wyraźnie postanowiła zadbać o swój interes. - Poza tym nie chcę stąd iść bez niego - spojrzała z nieskrywaną sympatią na dobermana.
 - Ty to wszędzie sobie znajdziesz nietypowych znajomych - Radek pokręcił głową z uznaniem.
 - Nawet nie wiesz, jak ma na imię - zauważył równocześnie Leon.
 - Cerber - usłyszeli nagle. Aż się wzdrygnęli, jakby wszyscy naraz pomyśleli o tym samym. Czyżby nowy czworonożny przyjaciel Eli postanowił im się przedstawić?
 Nie. Głos nie dobiegał z pokaźnej psiej kufy (pokaźnej, czyli wielkości solidnej cegły).
 Jak na komendę obejrzeli się za siebie. Tam stał zgarbiony, siwowłosy, wysuszony staruszek.
 - To pan pewnie Charon? - rezolutnie zaciekawili się równocześnie Ela i Leon.
 - Jakbyście zgadli... - starszy pan uśmiechnął się zagadkowo, a szóstoklasiści popatrzyli na siebie nic nierozumiejącym wzrokiem.
 - To gdzie Styks? - ostrożnie, niepewnym głosem spytała Ela. Zagadkowe uśmiechy były jej ulubioną mimiką, nieco wytrąciło ją z równowagi, gdy kto inny zrobił minę tego samego typu.
 - W domu. Mój królik nie lubi podziemi. Nazywam się Laurenty Charonowski i jestem tutaj, że tak się wyrażę, dozorcą.
 - Królik? - ucieszyła się Daria.
 - Czarny baranek.
 - Jak baranek, jak królik? - tu zaskoczenie okazał Radek.
 - Królik rasy baranek - niecierpliwie wyjaśniła Daria.
 - Dlaczego o panu wcześniej nie słyszeliśmy? Ani o tych podziemiach? I czy pomoże nam pan wrócić na powierzchnię? - analitycznie dopytywała Elka, choć sama współczuła panu Charonowskiemu, zapewne przyzwyczajonemu do ciszy i spokoju, nagle skonfrontowanemu z grupką gadatliwej młodzieży.

c. d. n.


piątek, 6 września 2013

"Szalone perypetie" cz. 56

 - Ale zobaczcie, jaki muzykalny pies! -pochwalił Leon.
 - Guzik z tego mamy  - mruknęła Daria.
 - No nie wiem, czy guzik - zaprzeczyła Ela.
 - A jak chcesz to wykorzystać? - Daria tym razem była sceptyczna zanim jeszcze poznała pomysł koleżanki.
 - To, co teraz leci, to piosenka ABBY, przyjemna muzyka rozrywkowa, nie jakoś bardzo uspakajająca. Nawet dość żywa. A jednak pies się nie obudził. Myślę, że jak puścimy mu coś usypiającego, a zarazem angażującego, ambitnego, a jednak lekkiego, imponującego, lecz i skromnego...
 - Elka, nie rozkręcaj się, tylko mów co wykminiłaś - Radek przerwał jej, cokolwiek zniecierpliwiony.
 - Jak puścimy mu Mozarta, to może się nie obudzi, nawet, jak go będziemy przesuwać - dziewczynka możliwie streściła swą wypowiedź.
 - Ten pomysł jest szalony - skomentował Leon. - Podoba mi się to, możemy spróbować.
 Rozległy się dźwięki tej oto melodii:
Ku zaskoczeniu (o ile to możliwe, jeszcze większym niż przedtem) przyjaciół, teraz doberman zaczął lunatykować, mianowicie przemieścił się bliżej źródła muzyki, którym tym razem była komórka Eli. Po chwili położył głowę na jej kolanach ( siedziała po "turecku").
 - Przynajmniej będzie łagodnie usposobiony po pobudce - szepnęła Ela, głaszcząc lekko zwierzaka.

c. d. n.

niedziela, 1 września 2013

"Szalone perypetie" cz. 55

 Usiedli we czwórkę pod ścianą, z dość nietęgimi minami.
 - Ile tak mamy czekać? - zapytał z niesmakiem Radek.
 - Nudzi ci się? - zapytała Daria.
 - A tobie nie? - Radek odpowiedział pytaniem.
 - Możemy posłuchać muzyki - wtrącił się Leon.
 - Byle przez słuchawki - zastrzegła Ela.
 Leon wyjął telefon, podpiął słuchawki i... po chwili rozległa się muzyka, w rytm której pies zaczął ruszać głową i łapami.
 Przyjaciele patrzyli na to w osłupieniu.
 - Chyba zepsuło mi się złącze w słuchawkach - przyznał się, lekko zaambarasowany, Leon.
 - Chyba rzeczywiście - przyświadczyła Ela nieco kąśliwie.
Poniżej piosenka, którą puścił Leon.
 - Chyba to właśnie psy mogłyby powiedzieć swoim właścicielom - zauważyła Daria, odnosząc się do tekstu piosenki.

c. d. n.

środa, 21 sierpnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 54

Droga w dół trwała krótko. Po kilku sekundach Radek stał w ciemnym (tak ciemnym, że wyciągnąwszy do przodu dłoń, nie widział własnych palców) lochu i rozmasowywał sobie tylną część ciała.
 - Hej, jest tu kto? - zapytał, nie przerywając poprzedniej czynności.
 - Tak, wszyscy tu jesteśmy - szepnęła Ela. - Bądź cicho, bo go obudzisz.
 "Kogo?" - już miał zapytać Radek, ale zanim się odezwał, jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i poznał odpowiedź.
 W kącie (dlaczego wszystko gromadzi się w kątach?) leżał pies. Nie byle jaki pies, lecz ogromny doberman, w dodatku... biały, co dla tej rasy jest bardzo nietypowym umaszczeniem. Swoim cielskiem bardzo skutecznie odgradzał przyjaciół od drzwi.
 - Próbowaliście przejść nad nim? - zapytał Radek, teraz już szeptem.
 - Myślisz, że to tak prosto? Daria próbowała, ale sapnął, odwrócił się na drugi bok, omal go nie nadepnęła i teraz już nie ryzykujemy - wyjaśnił Leon rzeczowo.
 - Ma taką paszczę, że jednym chapnięciem mógłby odgryźć stopę - zaznaczyła Daria.
 - Nawet w rozmiarze 42, co oznacza, że także Daria nie jest bezpieczna - dorzuciła Ela w przypływie absurdalnego humoru.
 - No dobra... - Radek częściowo skapitulował. - Co robimy?
 - Czekamy, aż się obudzi - odparł Leon.
 - To czemu go sami nie obudzimy? - Radek drążył temat z podziwu godną konsekwencją.
 - A jak ty wyglądasz jak ktoś cię wyrwie ze snu o piątej nad ranem? Nie jesteś raczej pełen życzliwości dla świata, co? - Ela odpowiedziała pytaniem.



c. d. n.

środa, 24 lipca 2013

"Szalone perypetie" cz. 53

 Byli już prawie na samym szczycie. Ale... Leonowi coś zaczęło nie pasować.
 - Gdzie Daria?
 - Przede mną... a nie... nie ma jej! A przed sekundą, sekundą! Była metr przede mną! Daria! Daria! Wariatko, gdzie jesteś? No, widziałam ją przecież! Nie mogła zniknąć, ludzie nie rozpływają się ot, tak, po prostu, w powietrzu! No, chyba, że akurat wybucha bomba atomowa, ale tego nie liczę.
 - Ela, daruj sobie te analizy! - krzyknął Radek z dołu.
 - I posuń się, zobaczymy, czy nie chowa się tam gdzieś za kamieniem - dorzucił Leon.
 - Może ty byś się zmieścił, ale ona raczej nie - zaprotestowała Ela, niechcący popełniając drobny nietakt, na co szczęśliwie nikt nie zwrócił uwagi.
 Zaczęło się zamieszanie. Radek uparł się, że wejdzie na pobliskie drzewo i z wysokości rozejrzy się za zaginioną koleżanką. Leon oglądał okolice krzaków i skał, jakby sądził, że Daria mogła skryć się między liśćmi albo wapieniami. Ela próbowała dzwonić.
 Wszystko bez skutku.
 - Ja jej nie widzę! - zawołał Radek.
 - Nie odbiera - jęknęła Ela.
 - Zniknęła - westchnął Leon.
 - Może chodźcie tu, z wysoka lepiej widać...
 Po chwili Ela wraz z Radkiem siedziała na drzewie. Jeszcze raz zadzwoniła, mając nadzieję, że im wyżej, tym lepszy zasięg. Niestety, wciąż bez rezultatu.
 - Też jej nie widzę.
  Zeszli na ziemię.
 - Widzisz gdzieś Leona? - zapytał Radek, rozglądając się dookoła.
 - Nie, a... - Ela nie zdążyła dokończyć. Mówiąc, szła trochę w górę, w stronę jednej z największych skał. Wtem jej noga natrafiła na pustkę (ściśle biorąc, na dziurę zamaskowaną liśćmi).
Stało się to na oczach jej kolegi, który bez ceregieli podążył za nią. Może z ciekawości, a może dlatego, że wagary tylko w towarzystwie są ciekawe. Możliwe też, że jednak nie chciał zostawiać przyjaciół w potrzebie.


c. d. n.

wtorek, 16 lipca 2013

"Szalone perypetie" cz. 52

 - To jakie smaki bierzemy? - zastanawiała się Ela.
 - Niech każdy weźmie inne, żebyśmy mogli spróbować wszystkich - zasugerowała Daria.
 - Wiecie jakie to niehigieniczne? - sprzeciwił się Leon.
 - Wiemy - odparła Ela, która lubiła odpowiadać na pytania, nawet retoryczne.
 - Weźcie, jakie chcecie, ja stawiam - Radek pańskim gestem wyciągnął portfel.
 - Nie, no co ty... - zaprotestował ktoś.
Po chwili sytuacja została opanowana, smaki wybrane. Ponieważ lodziarnia, do której poszli, znajdowała się na ulicy Grodzkiej, żeby wybrać się na skałki, musieli wrócić pod Wawel. Po kolejnej krótkiej wymianie zdań tak też zrobili.
 - Kto wejdzie najwyżej?! - Radek rzucił wyzwanie.
 Dziewczyny spojrzały na niego z góry (Daria dosłownej, Ela tylko w przenośni). Wszyscy skończyli już jeść lody, więc po kilkunastu sekundach czwórka nastolatków wdrapywała się po kamiennej ścianie. Daria, należąca do klubu gimnastycznego, a do tego najwyższa w całym towarzystwie, dość szybko zyskała przewagę. Druga była Ela, od lat wspinająca się na wszelkie dostępne jej wysokie przeszkody, z ogrodzeniem szkoły włącznie. Nieco niżej mozolnie pięli się chłopcy, wyprzedzając się na zmianę, ale i pomagając podpowiedziami w rodzaju "tu postaw stopę trochę bardziej z prawej, a tam możesz chwycić się kamienia, mocno tkwi w ziemi". Przynajmniej w tej małej grupce rywalizacja nie wzięła góry nad zwykłą, ludzką solidarnością.



c. d. n.

środa, 10 lipca 2013

"Szalone perypetie" cz. 51

 Szła zdecydowanym krokiem. Nagle zorientowała się, że nie jest sama. Odwróciła się.
 - Siemaneczko - uśmiechnęła się Daria.
 - Witam - równocześnie powiedział przyjaźnie Radek.
 - Hejka - rzucił niedbale Leon.
 - No cześć... - przywitała się Ela, próbując powstrzymać tak zwany opad szczęki. Więc nie było tak źle, ktoś postanowił jej towarzyszyć.
 - Dokąd chcesz nas poprowadzić? - zaindagował Radek.
 - A naprawdę chcecie iść ze mną? - nie dowierzała koleżanka.
 - No pewnie, ostatnio zafundowałaś nam odjazdową podróż, nie przegapię kolejnej takiej okazji.
 - Dajcie spokój, możliwości techniczne chwilowo tak jakby straciłam...
 - Ale gdzieś się wybierałaś - zauważył Leon spostrzegawczo.
 - No tak... myślałam o tych skałach przy grocie Smoka Wawelskiego.
 - A tak przy okazji, nie licz, że w gimnazjum się nas pozbędziesz. Przejrzeliśmy cię - oznajmił Leon tonem faceta w czerni albo detektywa, nadrabiającego kompleksy aktorskim talentem.
 - Jakim cudem?! Nikomu, nikomu z klasy nie mówiłam, do której szkoły się wybieram! - Ela była coraz bardziej narażona na to, że zdziwiona mina się jej utrwali i zostanie na zawsze.
 - A wyczyściłaś historię przeglądania w komórce, zanim byłaś łaskawa pożyczyć ją Radkowi tydzień temu, w kawiarni?
 - No nie... - Elka poddała się. - Okej, mam pomysł. Zacznijmy od pójścia na lody. To dla mnie za dużo na raz.


c. d. n.

czwartek, 4 lipca 2013

"Szalone perypetie" cz. 50

 - Co się z tobą, dziewczyno, działo? - zapytał Monteskiusz z niesmakiem.
 - A, nic takiego - zagadnięta Ela machnęła ręką, jakby chcąc ująć ważności swojej wypowiedzi. - Pracowałam z tatą nad naszym transporterem czasoprzestrzennym. Nasza wyprawa dała trochę nowych danych, które trzeba było przeanalizować.
 - Ty jesteś dziwna - mruknęła Daria. - Zajmujesz się jakimiś badaniami, nauką, zamiast korzystać z życia...
 - Właśnie korzystam, Nie tracę czasu na telenowele i inne głupoty, tylko próbuję coś osiągnąć. Coś trwałego.
 Kłótnia nie miała szans się rozwinąć, bo nauczyciele kazali ustawić się w dwuszeregu. Jak zwykle wyszło raczej kiepsko, niektóre "pary" liczyły po trzy osoby, inne po cztery, a jeszcze inne - po jednej. W każdym razie nie było możliwości kontynuowania sporu.
 - Dobrze, są wszyscy. Wsiadajcie do autokaru - zarządziła dyrektorka, która także wybierała się na wycieczkę.
 Rozpoczęło się szukanie miejsc.
 - Zajęte - usłyszała Ela, przechodząc koło foteli z tyłu.
 - Zajęte.
 - Zajęte.
 - Zajęte, zajęte, zajęte! Co to jest, kibel? - krzyknęła w końcu i usiadła z przodu, za nauczycielami. Włożyła do uszu słuchawki i otworzyła książkę "Zmory w życiu publicznym. 50 typów, które mogą doprowadzić cię do obłędu". "W mojej klasie znalazłoby się jeszcze ze dwadzieścia. Nikt z nich nie chce mojego towarzystwa, dopóki nie jestem im do czegoś potrzebna. Na przykład do odpisania zadania" - pomyślała. Jeszcze nie powiedziała znajomym ze szkoły, że idzie do gimnazjum, do którego nie wybiera się nikt z klasy. W tym momencie miała wrażenie, że z jakiegoś powodu w klasie nie znalazła bliskich przyjaciół, miała ich w innych środowiskach. I choć wiedziała, że szkoła to miejsce, gdzie powinno się przede wszystkim uczyć, to teraz zbierało jej się na płacz. Niby bez powodu... a jednak czasem taki drobiazg potrafi zranić. Miała ochotę znów urządzić wyprawę w przeszłość, ale tym razem, na wszelki wypadek, jej tata to uniemożliwił.
  Złapała się na tym, że jej wzrok przelatuje po literach, ale nie czyta. Po prostu się zadręczała.
  Szczęśliwie, dojeżdżali już do zamku.
  Wysiedli z autokaru. Znów uformowali coś nieco przypominającego dwuszereg. A potem... większość klasy skierowała się na Wzgórze, a Ela nad Wisłę, konkretnie - na Bulwary Wiślane.


c. d. n.

wtorek, 25 czerwca 2013

"Szalone perypetie" - cz. 49

  Tydzień po teście kompetencji cała klasa jechała na wycieczkę na Wawel. Aż do tego dnia niektórzy nie pojawili się w szkole. Monteskiusz podobno rozchorował się z powodu stresu, którego doświadczył, natomiast dla świętowania tego, że napisał sprawdzian, Inek urządził sobie taką ucztę, że przez kilka dni nie był w stanie wyjść z domu. Nikt natomiast nie wiedział, co dzieje się z Elą. Nie odbierała telefonów, nie otwierała drzwi, nie dawała znaku życia. Wszyscy pamiętali, że to ona była sprawczynią zamieszania w dzień egzaminu. Padały więc rozmaite przypuszczenia. Może dostała szlaban, nawet na lekcje? Wiadomo było, że ta, z pozoru absurdalna, wersja zdarzeń nie była bynajmniej nieprawdopodobna. Rodzice Eli nie zgadzali się z obowiązującym systemem edukacji, uważali, że ogranicza on zdolniejszych uczniów. Koledzy bez problemu mogli ją sobie wyobrazić, siedzącą w domu i w skupieniu studiującą akademicki podręcznik "Analiza matematyczna w zadaniach" autorstwa W. Krysickiego i L. Włodarskiego. A może wagaruje sobie bezczelnie, chcąc uniknąć próśb znajomych o krótki wypad na przykład do czasów Marilyn Monroe? Różne wytłumaczenia były prawdopodobne.
Na ilustracji - podręcznik, z którego Ela uczyła się matematyki...

  W każdym razie koleżanka pojawiła się dopiero w dzień wycieczki... jak zwykle z nieodgadnionym wyrazem twarzy...

c. d. n.

środa, 19 czerwca 2013

"Szalone perypetie" cz. 48

  Mrugali oczami, próbując przyzwyczaić się do światła dziennego, sączącego się leniwie przez półprzezroczysty sufit sali gimnastycznej.
  - ... maksymalnie możecie uzyskać 40 punktów. Zaczynajcie - monotonny głos egzaminatorki wyrwał podróżników czasoprzestrzennych z zamyślenia.

***
 - Łatwy był ten test - zauważył Sławek.
 - No, banalny - zgodził się Inek. - A propos, zjadłbym sobie lody bananowe.
 - Idziemy do kawiarni - zadysponował Leon. - Wiedziałem, że sprawdzian będzie bardzo prosty. Będę miał czterdzieści punktów, mówię wam!
 - No, zobaczymy - Daria spróbowała zgasić jego entuzjazm. Na próżno.
  Całą klasą poszli do cukierni "Dąbek", znajdującej się niedaleko ich szkoły. Inek (jak powiedziała Ela - q. e. d. - Quod erat demonstrandum - co było do udowodnienia) zamówił sobie cały torcik z bitą śmietaną. Dla Diogenesa, zanim zdążył zaprotestować, koledzy zamówili kawę "żeby mniej filozofował i trochę się ożywił". Leon kupił sobie dwie napoleonki. Ela ograniczyła się do filiżanki gorącej czekolady, a Lala i Daria - do dietetycznego napoju. Ronaldinho wybrał energetyczne ciasteczka - tego dnia wybierał się jeszcze na trening. Atmosfera rozluźniała się, napięcie związane z podróżą i egzaminem opadało.
  - Boję się wracać do domu - westchnęła Ela ni z gruszki ni z pietruszki.
  - Spoko, obronimy cię przed szlabanem - uspokoił ją Radek.


c. d. n.

poniedziałek, 20 maja 2013

"Szalone perypetie" cz. 47

 - Że co, proszę? Mamy wejść do szafy? - zapytała, znów z lekkim niesmakiem, Lala.
 - Przecież się wszyscy nie zmieścimy - zauważył rozsądnie Diogenes. - Chyba, że w Doktorze Who* jest nieco prawdy i Tardis** może istnieć.
 - A myślisz, że jak twórcy Doktora wpadli na ten pomysł? Moja rodzinka już od pokoleń zajmuje się podróżami w czasie, bardziej lub mniej skutecznie. Akurat pomysł Tardisa podała któremuś scenarzyście moja cioteczna babcia... czy może prababcia? W młodości, w czasie podróży po Europie, w każdym razie. Chciała mu zaimponować - wytłumaczyła Ela. Jej znajomi przestali się już zastanawiać nad tym, które z nieprawdopodobnych historii, opowiadanych przez nią, są wyssane z palca, a które rzeczywiście można potraktować jak zadziwiające fakty. Zwyczajnie słuchali i przyjmowali je za dobrą monetę, i to się sprawdzało. Teraz darowali sobie dalsze wątpliwości i po prostu weszli do szafy.
  W jej wnętrzu było całkiem ciemno, z nieznanych im przyczyn światło nie docierało do środka. Ela zamknęła drzwi i wtedy zaświeciły się na nich kontrolki...

*Doktor Who - brytyjski serial science fiction. Pojawia się w nim też motyw podróży w czasie. Głównym bohaterem jest tytułowy Doktor.
** Tardis - wehikuł Doktora


c. d. n.

piątek, 17 maja 2013

"Szalone perypetie" cz. 46

 Nagle, jakby dla przerwania wykładu Eli (którego nie wszyscy chcieli słuchać - niektórym ludziom wcale nie zależy  na tym, żeby rozumieć otaczający ich świat) odezwała się znana melodyjka.
 - To temat z filmu "Powrót do przyszłości"... - zauważył Monteskiusz.
 - A więc naprawdę powinniśmy już wracać - westchnęła Lala. - To takie symboliczne...
 - Czyżby wiadomość z dwudziestego pierwszego wieku? - Ronaldo zaczął rozglądać się o izbie. Kilka innych osób podjęło dywagacje o tak niestandardowej sugestii od ojca Eli.
 - Sorki, włączyła mi się empetrójka w telefonie - przerwał im Leon.
 - To nie przypadek - mruknął Inek.
 - Bez żadnych takich... dygresji! - energicznie wtrąciła się Ela. - Ale wracać musimy. - oznajmiła, otwierając szafę i majstrując coś przy jej drzwiach. - Właźcie.


c. d. n.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 45

  Ela z niechęcią zakomunikowała kolegom i koleżankom o konieczności powrotu. Niektórzy (na przykład Lala) przyjęli tą informację z żywiołowym wręcz entuzjazmem. Inni byli bardziej, niż sceptyczni.
  - Czy ty byś mogła łaskawie wyjaśnić... - zaczął Monteskiusz  z namysłem.
  - Tak? - Ela spróbowała delikatnie przyspieszyć jego wypowiedź.
  - Dlaczego twój przodek męczy się, wymyślając metodę podróży w czasie, podczas, gdy twój tata ma ją opracowaną?
  - Wiesz... to skomplikowane. Metodę podróży w czasie zdradził tacie dziadzio Fulgencjusz, ale jest to metoda przemieszczania w czasie ludzi, ale nie przedmiotów. Zauważyliście chyba, że niektóre ubrania, które mieliście na sobie, zachowaliście, a inne pozostały w XXI wieku.Więc ta metoda jest niestabilna.
  - Nie strasz, czy to znaczy, że nam też może się nie udać? - zaniepokoiła się Nonia.
  - Teoria podróży w czasie nie jest prosta, ale zapewniam cię, że nam powinno się udać. To dlatego, że my mamy mózgi, połączenia nerwowe, i tak dalej. Normalnie pozwala nam to poruszać się po trzech wymiarach, i do tego bezwolnie przez czas. Ale jest pewien sposób, który uaktywnia receptory, odpowiedzialne za pozostałe wymiary. Słyszeliście może o teorii strun?



c. d. n.

wtorek, 26 marca 2013

Opowiadanie sezonowe

Tym razem bajka poza głównym nurtem opowieści, nawiązujące do bieżącej... aury.

Pewnego razu, a było to w marcu 2013 Wiosna i Zima założyły się.
  - Jeżeli mój chomik wygra wyścig, to będę mogła zostać tu dłużej. A jeżeli wygra twój, to przyjdziesz szybciej  - powiedziała Zima.

Chomiki Zimy i Wiosny pochodziły z tego samego miotu i przedtem miały ludzkie właścicielki. Zwierzęta jednak nie żyją zbyt długo. Po zakończeniu swego żywota trafiły do nowych pań, którym zresztą bardzo uprzyjemniały życie. Ulubieniec Zimy miał na imię Puszek, jak śniegowy puch, i takiż sam kolor - był to dżungarski winter white. Wiosna natomiast została przyjaciółką Figi, uroczego szarobrązowego chomiczka.

Tak więc zwierzaki ustawiły się na torze. Ruszyły!

- Proszę cię, wygraj, Puszku! - prosiła Zima, której wydawało się, że jakoś niewystarczająco wykorzystała swój czas w tym sezonie.

- Szybciej, Figa! - dopingowała Wiosna, którą już nużyło czekanie, aż koleżanka weźmie swój coroczny urlop i pozwoli jej działać.

Zimie pomógł przypadek. Figa przez dziurkę w chmurkach zobaczyła swoją dawną, ziemską panią i zatrzymała się, patrząc na nią. Puszek nie mógł widzieć swej dawnej właścicielki, bo akurat leżała chora w swoim domu. Dlatego dalej biegł swoim tempem. Wygrał! A dzięki niemu Zima triumfowała.
- Rewanż za rok - obiecała Wiosna.

Koniec

PS Gdyby kogoś, komu nie wystarczą mity interesowało bardziej naukowe podejście do sprawy, oto artykuł o znikającej wiośnie.

niedziela, 17 marca 2013

"Szalone perypetie" cz. 44

  Wobec tego skromnego przepychu trudno było Inkowi zachować wstrzemięźliwość, toteż kilkukrotnie musiał bronić się przed poszturchiwaniami kulturalnych kolegów i koleżanek. Szóstoklasiści z przyjemnością dokończyli posiłek, z trudem powstrzymując się od drugiej dokładki (do pierwszej zachęcił ich sam gospodarz), po czym zaproszeni zostali do izby, w której mieściła się maszyna drukarska. Tak mniej więcej wyglądał kąt tego pomieszczenia:
Z boku stała ciemna szafa. W szufladkach mebla pod oknem znajdowały się starannie posegregowane ruchome czcionki. Obok była prasa drukarska.
  Podeszli do szablonu, przygotowanego, jak się wydawało, do wydruku. Po chwili Eli zrzedła mina.
  Czcionki ułożone były w jedno słowo: WRACAJCIE...

c. d. n.

wtorek, 26 lutego 2013

"Szalone perypetie" cz. 43

Mieszczanin zaprowadził swoich gości do pomieszczenia jadalnego i usadził u stołu... dość suto zastawionego stołu. Niektórym ślinka napłynęła do ust (łatwo się domyślić, komu)...  Potrawy może nie należały do najbardziej wyszukanych, ale widać było, że gospodarz gości ich wedle staropolskich zasad, takich jak "czym chata bogata". Zaraz pojawiło się kilka rodzajów kaszy z różnymi sosami, chleb ze smalcem lub - na deser - domową konfiturą, a nawet borowiki w zalewie... Podniebienia szóstoklasistów, przyzwyczajone do hamburgerów z McDonald'sa zrazu nie mogły poczuć smaku tych naturalnych rarytasów, nam już niemal niedostępnych.

c. d. n.

czwartek, 14 lutego 2013

Muzyczne propozycje na Dzień Świętego Walentego

"Para Tu Amor" - Juanes - czyli latynoskie rytmy na ożywienie zimowego dnia
"Niepewność" - Marek Grechuta - klasyka... nie trzeba dodawać nic więcej
"Closest Thing To Crazy" - Katie Melua - warto posłuchać Katie, gruzińskiej piosenkarki o pięknym głosie...

piątek, 18 stycznia 2013

"Szalone perypetie" cz. 42

  - Salve, amicus!*
  - Salve, Fulgentius!**
  Alchemik serdecznie przywitał się z drukarzem, krępym, siwiejącym rzemieślnikiem o spracowanych, ale zręcznych dłoniach i sympatycznej, okrągłej twarzy.
  - Pacholęta, to pan Kanmił*** - oznajmił z dumą. - Druh mój i przyjaciel.
  Następnie obaj dostojni obywatele średniowiecznego Krakowa odeszli na moment na bok, najwyraźniej po to, aby wyjaśnić sytuację przyprowadzonych uczniów. Po krótkiej rozmowie właściciel drukarni z uśmiechem podszedł do swoich gości i powiedział:
  - Pewnikiem wygłodzeni i zmęczeni jesteście. Pozwólcie za mną, nasyćcie swój głód, a potem gawędę o mej drukarni mogę rozpocząć.
  Jeśli widziano kiedyś na Ziemi szczęśliwego człowieka, to był nim w tym momencie nasz łasuch Inek. Przed oczami przetoczyła mu się wizja prosiąt pieczonych na rożnie i z jabłkami w pyskach, duszonych przepiórek, kurcząt w zalewie i innych wspaniałości, którymi średniowieczni możnowładcy zwykli byli karmić swych gości. Z rozmarzenia chłopca wyrwało szturchnięcie w bok. Józia nachyliła się i szepnęła mu do ucha:
  - Tylko się zachowuj. Nie rób z siebie obżartucha, oni w średniowieczu i tak mają ciężkie życie.
  - My w naszych czasach też - mruknął łakomczuszek i obiecał sobie, że postara się nie wziąć więcej niż dwóch dokładek.

Salve, amicus! (łac.) - Witaj, przyjacielu!
** Salve, Fulgentius! (łac.) - Witaj, Fulgencjuszu!
*** Kanmił - staropolskie imię męskie, które mogło oznaczać "ten, kto miło gości innych". Dobrze charakteryzuje ono gospodarza, przyjmującego Elę i jej znajomych.




c. d. n.