środa, 21 sierpnia 2013

"Szalone perypetie" cz. 54

Droga w dół trwała krótko. Po kilku sekundach Radek stał w ciemnym (tak ciemnym, że wyciągnąwszy do przodu dłoń, nie widział własnych palców) lochu i rozmasowywał sobie tylną część ciała.
 - Hej, jest tu kto? - zapytał, nie przerywając poprzedniej czynności.
 - Tak, wszyscy tu jesteśmy - szepnęła Ela. - Bądź cicho, bo go obudzisz.
 "Kogo?" - już miał zapytać Radek, ale zanim się odezwał, jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i poznał odpowiedź.
 W kącie (dlaczego wszystko gromadzi się w kątach?) leżał pies. Nie byle jaki pies, lecz ogromny doberman, w dodatku... biały, co dla tej rasy jest bardzo nietypowym umaszczeniem. Swoim cielskiem bardzo skutecznie odgradzał przyjaciół od drzwi.
 - Próbowaliście przejść nad nim? - zapytał Radek, teraz już szeptem.
 - Myślisz, że to tak prosto? Daria próbowała, ale sapnął, odwrócił się na drugi bok, omal go nie nadepnęła i teraz już nie ryzykujemy - wyjaśnił Leon rzeczowo.
 - Ma taką paszczę, że jednym chapnięciem mógłby odgryźć stopę - zaznaczyła Daria.
 - Nawet w rozmiarze 42, co oznacza, że także Daria nie jest bezpieczna - dorzuciła Ela w przypływie absurdalnego humoru.
 - No dobra... - Radek częściowo skapitulował. - Co robimy?
 - Czekamy, aż się obudzi - odparł Leon.
 - To czemu go sami nie obudzimy? - Radek drążył temat z podziwu godną konsekwencją.
 - A jak ty wyglądasz jak ktoś cię wyrwie ze snu o piątej nad ranem? Nie jesteś raczej pełen życzliwości dla świata, co? - Ela odpowiedziała pytaniem.



c. d. n.