piątek, 8 listopada 2013

"Szalone perypetie" cz. 57

 - Wychodzimy? - szepnęła Daria. - Droga wolna.
 - A jak to sobie wyobrażasz? - zainteresowała się Ela. Tym razem wyraźnie postanowiła zadbać o swój interes. - Poza tym nie chcę stąd iść bez niego - spojrzała z nieskrywaną sympatią na dobermana.
 - Ty to wszędzie sobie znajdziesz nietypowych znajomych - Radek pokręcił głową z uznaniem.
 - Nawet nie wiesz, jak ma na imię - zauważył równocześnie Leon.
 - Cerber - usłyszeli nagle. Aż się wzdrygnęli, jakby wszyscy naraz pomyśleli o tym samym. Czyżby nowy czworonożny przyjaciel Eli postanowił im się przedstawić?
 Nie. Głos nie dobiegał z pokaźnej psiej kufy (pokaźnej, czyli wielkości solidnej cegły).
 Jak na komendę obejrzeli się za siebie. Tam stał zgarbiony, siwowłosy, wysuszony staruszek.
 - To pan pewnie Charon? - rezolutnie zaciekawili się równocześnie Ela i Leon.
 - Jakbyście zgadli... - starszy pan uśmiechnął się zagadkowo, a szóstoklasiści popatrzyli na siebie nic nierozumiejącym wzrokiem.
 - To gdzie Styks? - ostrożnie, niepewnym głosem spytała Ela. Zagadkowe uśmiechy były jej ulubioną mimiką, nieco wytrąciło ją z równowagi, gdy kto inny zrobił minę tego samego typu.
 - W domu. Mój królik nie lubi podziemi. Nazywam się Laurenty Charonowski i jestem tutaj, że tak się wyrażę, dozorcą.
 - Królik? - ucieszyła się Daria.
 - Czarny baranek.
 - Jak baranek, jak królik? - tu zaskoczenie okazał Radek.
 - Królik rasy baranek - niecierpliwie wyjaśniła Daria.
 - Dlaczego o panu wcześniej nie słyszeliśmy? Ani o tych podziemiach? I czy pomoże nam pan wrócić na powierzchnię? - analitycznie dopytywała Elka, choć sama współczuła panu Charonowskiemu, zapewne przyzwyczajonemu do ciszy i spokoju, nagle skonfrontowanemu z grupką gadatliwej młodzieży.

c. d. n.