Zdaję sobie sprawę, że jak na blog literacki coś mało tu ostatnio literatury. Skoro jednak film także jest tekstem kultury, dzielę się z Wami pierwszą samodzielnie przeze mnie wykonaną animacją.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Życzenia, animacje, innowacje i urozmaiceń ciąg dalszy
wtorek, 18 listopada 2014
Urozmaicenie
Ostatnio brakuje mi czasu na pisanie tekstów na bloga, za to w ramach relaksu zajęłam się rękodziełem. Oto, co powstało:
To jest Prosiaczek. Nie licząc ogonka, ma 14 cm długości, zaś ogonek po rozprostowaniu mierzy 6 cm. Wykonałam go z moherowej włóczki, szydełkiem grubości 3 mm.
Prosiaczek wzbudza bardzo pozytywne emocje: najpierw zdziwienie i niedowierzanie, a potem wybuch szczerego śmiechu.
Co sądzicie? Zamieszczać więcej tego typu postów?
piątek, 29 sierpnia 2014
Poranek
Ela wstała z łóżka i popatrzyła na zegarek. Dziewiąta rano - odpowiednia godzina, żeby zrobić coś smacznego na śniadanie. Ostatnio często wchodziła na pewien blog i znalazła tam przepis na placuszki.
Wprowadziła do niego drobne modyfikacje i obecna wersja brzmiała tak:
- 3 łyżki otrębów
- jajko
- serek biały - 125 gramów
- rozgnieciony dojrzały banan
- łyżeczka cynamonu
- suszona żurawina
Wymieszała wszystkie składniki i usmażyła placuszki z obu stron bez tłuszczu. Już po chwili siedziała na tarasie, rozkoszując się ich smakiem w nastroju radosnego oczekiwania.
Już po półgodzinie jej cierpliwość została wynagrodzona: rozległ się dzwonek do drzwi.
Pobiegła otworzyć. Tak! Nareszcie! Młody człowiek stojący w progu wyciągnął w jej stronę druczek, zapełniony drobnymi literkami.
W końcu przyszły nowe części, konieczne do usprawnienia działania machiny czasu.
Wprowadziła do niego drobne modyfikacje i obecna wersja brzmiała tak:
- 3 łyżki otrębów
- jajko
- serek biały - 125 gramów
- rozgnieciony dojrzały banan
- łyżeczka cynamonu
- suszona żurawina
Wymieszała wszystkie składniki i usmażyła placuszki z obu stron bez tłuszczu. Już po chwili siedziała na tarasie, rozkoszując się ich smakiem w nastroju radosnego oczekiwania.
Już po półgodzinie jej cierpliwość została wynagrodzona: rozległ się dzwonek do drzwi.
Pobiegła otworzyć. Tak! Nareszcie! Młody człowiek stojący w progu wyciągnął w jej stronę druczek, zapełniony drobnymi literkami.
W końcu przyszły nowe części, konieczne do usprawnienia działania machiny czasu.
wtorek, 26 sierpnia 2014
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Inwazja gnomów
Uwaga! Inwazja gnomów trwa. Ten pierwszy, którego odkryłam niedawno, bynajmniej nie jest odosobnionym przedstawicielem tego gatunku.
Poczyniłam też pewne obserwacje dotyczące owej zarazy. Ich gnomowatość może się ujawnić w najróżniejszych etapach życia - u jednych może nie zostać dostrzeżona nawet do osiemdziesiątego roku życia, u innych staje się wyraźna już w poważnym wieku lat piętnastu. Nie sposób przewidzieć, kiedy Twój stary znajomy może okazać się gnomem.
Nie miałam dotąd okazji przebadać DNA tej rasy, jednak wszystkie dotychczas przeprowadzone doświadczenia wskazują, że nie różni się ono od ludzkiego. Nikt zatem nie jest bezpieczny! Nawet Twój krewny może w pewnym momencie zrzucić maskę i okazać się gnomem. Trzeba mieć się na baczności.
Rozwojowi gnomowatości pospolitej (gnomensis vulgaris) sprzyjają najrozmaitsze czynniki, między innymi kompleksy oraz nowobogackość. Istnieją także pewne nieodkryte dotychczas przyczyny tej strasznej choroby, mającej podłoże nieraz w najgłębszych meandrach psychiki i nie tylko.
Kolejny problem z gnomem jest taki, że często nie zdaje on sobie sprawy ze swojej tożsamości - innymi słowy z tego, że jest gnomem. Co gorsza, nieraz próbuje przekonać ludzi, że to oni zapadli na gnomowatość.
Gdzie występują gnomy? Niestety, najnowsze obserwacje pokazują, że ich środowiska bytowania i punkty żerowania mogą być dosłownie wszędzie. Doskonale odnajdzie się gnom w każdym miejscu, w którym są pieniądze lub władza i ludzie, których można wykorzystać.
Miejcie oczy szeroko otwarte i brońcie się przed gnomami wszelkimi dostępnymi metodami! Zwracam tu uwagę, że ich najchętniej używane chwyty obejmują psychomanipulację, wpływanie na emocję, podstęp i szeroko rozumiane działanie za plecami.
Gotujcie się! Gnomy nadchodzą i nie ma miejsca, do którego nie byłyby w stanie się dostać, jeśli je wpuścicie. Nie pozwalajcie im wchodzić do Waszych domów, a zwłaszcza do Waszych serc.
Strzeż się gnoma! Strzeż się strzeż,
bo to wredna kreatura jest
Strzeż się gnoma, gnoma się strzeż
jeśli szczęścia chcesz.
Poczyniłam też pewne obserwacje dotyczące owej zarazy. Ich gnomowatość może się ujawnić w najróżniejszych etapach życia - u jednych może nie zostać dostrzeżona nawet do osiemdziesiątego roku życia, u innych staje się wyraźna już w poważnym wieku lat piętnastu. Nie sposób przewidzieć, kiedy Twój stary znajomy może okazać się gnomem.
Nie miałam dotąd okazji przebadać DNA tej rasy, jednak wszystkie dotychczas przeprowadzone doświadczenia wskazują, że nie różni się ono od ludzkiego. Nikt zatem nie jest bezpieczny! Nawet Twój krewny może w pewnym momencie zrzucić maskę i okazać się gnomem. Trzeba mieć się na baczności.
Rozwojowi gnomowatości pospolitej (gnomensis vulgaris) sprzyjają najrozmaitsze czynniki, między innymi kompleksy oraz nowobogackość. Istnieją także pewne nieodkryte dotychczas przyczyny tej strasznej choroby, mającej podłoże nieraz w najgłębszych meandrach psychiki i nie tylko.
Kolejny problem z gnomem jest taki, że często nie zdaje on sobie sprawy ze swojej tożsamości - innymi słowy z tego, że jest gnomem. Co gorsza, nieraz próbuje przekonać ludzi, że to oni zapadli na gnomowatość.
Gdzie występują gnomy? Niestety, najnowsze obserwacje pokazują, że ich środowiska bytowania i punkty żerowania mogą być dosłownie wszędzie. Doskonale odnajdzie się gnom w każdym miejscu, w którym są pieniądze lub władza i ludzie, których można wykorzystać.
Miejcie oczy szeroko otwarte i brońcie się przed gnomami wszelkimi dostępnymi metodami! Zwracam tu uwagę, że ich najchętniej używane chwyty obejmują psychomanipulację, wpływanie na emocję, podstęp i szeroko rozumiane działanie za plecami.
Gotujcie się! Gnomy nadchodzą i nie ma miejsca, do którego nie byłyby w stanie się dostać, jeśli je wpuścicie. Nie pozwalajcie im wchodzić do Waszych domów, a zwłaszcza do Waszych serc.
Strzeż się gnoma! Strzeż się strzeż,
bo to wredna kreatura jest
Strzeż się gnoma, gnoma się strzeż
jeśli szczęścia chcesz.
piątek, 25 lipca 2014
Nieoczekiwany gość
Czteroosobowa grupka absolwentów zebrała się na tyłach szkoły.
- Damska torebka to nie jest odpowiednie miejsce dla kota - wymruczał Kasper, przeciągając się. Gdy mówił, Daria ze zdegustowaną miną wytrzepywała kocie kłaki ze swojej kupionej poprzedniego dnia torby. Ela natomiast zignorowała narzekania przyjaciół, zarówno tych zaliczanych do homo sapiens jak i do Felis catus*.
- Co ty tutaj robisz? Ktoś cię przysłał? - zapytała tak bardzo od niechcenia, że aż zabrzmiało to nienaturalnie.
- Nie, Antek mnie nie przysłał - kot filuternie zmrużył oczy, robiąc tak kpiącą minę, jak to tylko koty potrafią. - Był zbyt zajęty rozmowami z panną Marysieńką.
![]() |
| "Kot filuternie zmrużył oczy, robiąc tak kpiącą minę, jak to tylko koty potrafią(...)" Source: http://babiesandsweatpants.tumblr.com/ |
- Och - Ela nagle spuściła wzrok.
- A panna Marysieńka poprosiła go, żeby mnie nie wpuszczał do izby podczas jej wizyty. I z miłości do niej wyraził zgodę. Ostatecznie mogę mu to wybaczyć, jako iż panna Marysieńka jest jego jedyną siostrą... Lecz jej nie rozumiem, bo jak można nie lubić kotów!?
Ela wyglądała, jakby nagle nabrała niczym nieuzasadnionej awersji do futerkowych czworonogów, a do kotów w szczególności. Opanowała się jednak i milczała.
- Mistrz Fulgencjusz opanował już technikę wysyłania różnych rzeczy... i kotów... w podróż czasoprzestrzenną. Niestety, wysłał przy okazji w przyszłość swoje notatki dotyczące drogi powrotnej - relacjonował kot pozbawionym emocji tonem.
- Wysłał je w nasze czasy? - zapytał domyślnie Radek.
- Nie. Sto lat później.
- I źle trafiłeś? - domyślił się Leon.
- Nie. Wszystko dowodzi, iż dla odzyskania zapisków potrzeba istoty posiadającej chwytne kończyny, innymi słowy człowieka. Albo małpy, ale jednak lepszy tu człowiek. Bądź co bądź jest trochę inteligentniejszy. Nie aż tak inteligentny jak kot, ale zawsze coś. Więc przyszedłem do was. Macie wehikuł czasu zdolny przemieścić ładunek o masie większej niż 10 funtów**.
- Mam na niego szlaban - zauważyła Ela.
*ok. 4 kg
c. d. n
wtorek, 8 lipca 2014
Zakończenie roku szkolnego z drobnym acz znaczącym akcentem o charakterze miauczącym i małym incydentem
Wszystko wskazywało na to, że zakończenie roku w szkole, do której uczęszczali Ela, Daria, Radek, Leon i wiele innych osób* będzie równie nudne, jak setki i tysiące zakończeń roku w innych podstawówkach. Nic nie zapowiadało nagłych podróży w czasie, latających tortów z bitą śmietaną ani podobnych miłych urozmaiceń.
Na początku uczniowie mieli okazję (niektórzy nawet z niej skorzystali) wysłuchać przemówienia pani dyrektor.
Inni próbowali się skupić przez pierwsze piętnaście minut, po czym przeszli do wyobrażania sobie wysp tropikalnych, plaż i gór - słowem, miejsc, w które wybierali się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Ela pilnie dokładała wszelkich starań, by nie rozmarzyć się zanadto na temat tych uroczych, malutkich śródziemnomorskich miejscowości, które planowała zwiedzać w tym roku. Większość jej kolegów nie miała podobnych skrupułów. Szeptali między sobą, wymieniając podekscytowanymi głosami egzotyczne nazwy.
Ela dyskretnie wodziła wzrokiem po ich twarzach, zastanawiając się, czy za kilka dni... za rok... za trzy lata... będą się jeszcze znali. Czy będą się poznawać na ulicy, utrzymywać kontakt...
Jej myśli biegły dwutorowo. Wyobrażając sobie Magdę i Inka na ślubnym kobiercu, śledziła skomplikowany monolog.
Wtem wdarł się weń pewien dysonans. Dał się słyszeć zgrzyt. Nie, to nie był zgrzyt. Może raczej coś w rodzaju... syku?
Uczniowie stopniowo zaczęli unosić głowy. Ku ich szczeremu zaskoczeniu, na karniszu, z przodu szkolnej auli ujrzeli kota.
Kot siedział, mierząc ich badawczym spojrzeniem. I syczał. Obecni na sali jak zahipnotyzowani wpatrywali się w to zjawisko.
Dla Eli wyglądał niepokojąco znajomo. Nie zdawała sobie początkowo sprawy, z czego wynika to skojarzenie. Wtem poczuła się jak Pomysłowy Dobromir** z kreskówki jej dzieciństwa, teraz już chyba będącej na granicy zapomnienia, gdy przychodziło mu do głowy rozwiązanie trudnego problemu. Połączyła fakty: nieproszony gość przypominał jej poznanego kiedyś przy okazji podróży w czasie mówiącego kota Kaspra.
Odwróciła się do Leona, któremu najwyraźniej również coś zaświtało pod coraz bujniejszą blond czupryną.
- Co on tu robi? - szepnęła konspiracyjnym tonem, jakiego nie powstydziłaby się agentka FBI.
- Umila nam zakończenie roku - wtrącił się radośnie Radek.
- A co, jeśli nie będzie potrafił stamtąd zejść? - wyraziła zaniepokojenie Daria. Jej wątpliwości miały poważne uzasadnienie: kotek właśnie wysunął przed siebie łapki, jakby gotował się do skoku, po czym cofnął się bojaźliwie.
Paczka podróżników czasoprzestrzennych miała się już zabrać za przedyskutowanie dostępnych metod udzielenia pomocy zwierzątku, gdy sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.
Kot spadł.
Ale nie na cztery łapy.
O, nie.
Trafił wprost na kok pani dyrektor. Wytrąciło to nieco z rytmu głowę szkoły, która zachwiała się i upuściła mikrofon. Upadł on niestety tak nieszczęśliwie, że uruchomił mechanizm opuszczania kurtyny. Ta zaś, spadając, dolną częścią uczepiła się tylnej części spodni nauczycielki matematyki, która stała tyłem do sceny, przodem zaś do widowni.
Szczęśliwie! O, wielkie to było szczęście: nie pociągnęła biednej istoty, niezastąpionego członka grona pedagogicznego za sobą; ściągnęła jedynie pechowej matematyczce dolną część garderoby.
Widok to był godny uwiecznienia przez jakiegoś zdolnego a pracowitego malarza: skonfundowana mina nauczycielki, stojącej na oczach całej szkoły w gustownych różowych majteczkach z sympatyczną mordką psa Pluto; przerażony wuefista, któremu pęd powietrza zwiał z głowy tupecik; jeszcze bardziej przelękniona, a wręcz zmrożona pani dyrektor, której po raz pierwszy (lub, jak wieść gminna niesie, drugi - wedle tej teorii pierwszy był wtedy, gdy z tortu na rocznicę dziesięciolecia jej pracy wychynął pewien uczeń, znany ze specyficznego poczucia humoru) zabrakło języka w gębie; i zdumieni, a zarazem zafascynowani uczniowie.
To był niezapomniany dzień. Dla zapobieżenia dalszym incydentom zrezygnowano z dokończenia wystąpienia dyrektorki, a formalności związane z wręczeniem świadectw ograniczono do niezbędnego minimum. Co ciekawe, od tego momentu uczniowie zapomnieli o wszelkich urazach, jakie żywili wobec swych pedagogów. W charakterze zadośćuczynienia wystarczyło li i jedynie te kilka minut czystej, niepohamowanej... uciechy.
Kota - sprawcy całego zamieszania - nie odnaleziono. Prawdopodobnie azylu politycznego udzielił mu Leon lub Radek, z racji posiadania domów z ogrodem. Ale to już zupełnie inna historia...
*wymienionych w opowiadaniu "Szalone perypetie"
**Link do jednego z odcinków
Na początku uczniowie mieli okazję (niektórzy nawet z niej skorzystali) wysłuchać przemówienia pani dyrektor.
Inni próbowali się skupić przez pierwsze piętnaście minut, po czym przeszli do wyobrażania sobie wysp tropikalnych, plaż i gór - słowem, miejsc, w które wybierali się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Ela pilnie dokładała wszelkich starań, by nie rozmarzyć się zanadto na temat tych uroczych, malutkich śródziemnomorskich miejscowości, które planowała zwiedzać w tym roku. Większość jej kolegów nie miała podobnych skrupułów. Szeptali między sobą, wymieniając podekscytowanymi głosami egzotyczne nazwy.
Ela dyskretnie wodziła wzrokiem po ich twarzach, zastanawiając się, czy za kilka dni... za rok... za trzy lata... będą się jeszcze znali. Czy będą się poznawać na ulicy, utrzymywać kontakt...
Jej myśli biegły dwutorowo. Wyobrażając sobie Magdę i Inka na ślubnym kobiercu, śledziła skomplikowany monolog.
Wtem wdarł się weń pewien dysonans. Dał się słyszeć zgrzyt. Nie, to nie był zgrzyt. Może raczej coś w rodzaju... syku?
Uczniowie stopniowo zaczęli unosić głowy. Ku ich szczeremu zaskoczeniu, na karniszu, z przodu szkolnej auli ujrzeli kota.
Kot siedział, mierząc ich badawczym spojrzeniem. I syczał. Obecni na sali jak zahipnotyzowani wpatrywali się w to zjawisko.
Dla Eli wyglądał niepokojąco znajomo. Nie zdawała sobie początkowo sprawy, z czego wynika to skojarzenie. Wtem poczuła się jak Pomysłowy Dobromir** z kreskówki jej dzieciństwa, teraz już chyba będącej na granicy zapomnienia, gdy przychodziło mu do głowy rozwiązanie trudnego problemu. Połączyła fakty: nieproszony gość przypominał jej poznanego kiedyś przy okazji podróży w czasie mówiącego kota Kaspra.
Odwróciła się do Leona, któremu najwyraźniej również coś zaświtało pod coraz bujniejszą blond czupryną.
- Co on tu robi? - szepnęła konspiracyjnym tonem, jakiego nie powstydziłaby się agentka FBI.
- Umila nam zakończenie roku - wtrącił się radośnie Radek.
- A co, jeśli nie będzie potrafił stamtąd zejść? - wyraziła zaniepokojenie Daria. Jej wątpliwości miały poważne uzasadnienie: kotek właśnie wysunął przed siebie łapki, jakby gotował się do skoku, po czym cofnął się bojaźliwie.
Paczka podróżników czasoprzestrzennych miała się już zabrać za przedyskutowanie dostępnych metod udzielenia pomocy zwierzątku, gdy sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.
Kot spadł.
Ale nie na cztery łapy.
O, nie.
Trafił wprost na kok pani dyrektor. Wytrąciło to nieco z rytmu głowę szkoły, która zachwiała się i upuściła mikrofon. Upadł on niestety tak nieszczęśliwie, że uruchomił mechanizm opuszczania kurtyny. Ta zaś, spadając, dolną częścią uczepiła się tylnej części spodni nauczycielki matematyki, która stała tyłem do sceny, przodem zaś do widowni.
Szczęśliwie! O, wielkie to było szczęście: nie pociągnęła biednej istoty, niezastąpionego członka grona pedagogicznego za sobą; ściągnęła jedynie pechowej matematyczce dolną część garderoby.
Widok to był godny uwiecznienia przez jakiegoś zdolnego a pracowitego malarza: skonfundowana mina nauczycielki, stojącej na oczach całej szkoły w gustownych różowych majteczkach z sympatyczną mordką psa Pluto; przerażony wuefista, któremu pęd powietrza zwiał z głowy tupecik; jeszcze bardziej przelękniona, a wręcz zmrożona pani dyrektor, której po raz pierwszy (lub, jak wieść gminna niesie, drugi - wedle tej teorii pierwszy był wtedy, gdy z tortu na rocznicę dziesięciolecia jej pracy wychynął pewien uczeń, znany ze specyficznego poczucia humoru) zabrakło języka w gębie; i zdumieni, a zarazem zafascynowani uczniowie.
To był niezapomniany dzień. Dla zapobieżenia dalszym incydentom zrezygnowano z dokończenia wystąpienia dyrektorki, a formalności związane z wręczeniem świadectw ograniczono do niezbędnego minimum. Co ciekawe, od tego momentu uczniowie zapomnieli o wszelkich urazach, jakie żywili wobec swych pedagogów. W charakterze zadośćuczynienia wystarczyło li i jedynie te kilka minut czystej, niepohamowanej... uciechy.
Kota - sprawcy całego zamieszania - nie odnaleziono. Prawdopodobnie azylu politycznego udzielił mu Leon lub Radek, z racji posiadania domów z ogrodem. Ale to już zupełnie inna historia...
*wymienionych w opowiadaniu "Szalone perypetie"
**Link do jednego z odcinków
wtorek, 10 czerwca 2014
Polecam tą piosenkę!!!
Mogłabym dodać fabułę, np. że jest to ulubiona piosenka Eli, o której myślała podczas szkolnej wycieczki na Wawel, ale tym razem napiszę bezpośrednio od siebie: ten kawałek dodał mi dzisiaj siły.
Blogerki - pisarki czasem słuchają rapu.
Pozdrawiam wszystkich czytelników!
czwartek, 15 maja 2014
Dobre wieści
Niniejszym ogłaszam, iż w konkursie organizowanym przez fnin.eu przyznano mi jedną z nagród.
Przyznaję, że na forum zwę się Nutka.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Problemy i rozwiązania
Problemy twórcze:
1. Napisałam początek opowiadania/felietonu/artykułu. "I co ja z tym dalej zrobię?!"
2. Czytam moje stare teksty. "Przecież to trzeba napisać od początku!!!"
3. Wena w środku nocy. Pół biedy, gdy następnego dnia nie trzeba wstać o wpół do siódmej rano.
4. Mam świetny pomysł. "Ale co, jeśli ktoś weźmie to do siebie i poczuje się urażony?"
5. Znalazłoby się tego jeszcze trochę...
Recepty:
1. Wróć do opowiadania/felietonu/artykułu później. Wystąpił punkt 2.?
2. Napisz od początku, ale zachowaj pierwszą wersję. Trzeba mieć możliwość przejrzenia drogi, jaką się przeszło.
3. Nienormowany czas pracy byłby idealny... Ale jeśli chodzi o mnie, to pieśń przyszłości.
4. Problem tej osoby. Jeżeli nie masz wrogów, to znaczy, że do niczego w życiu nie doszłaś.
5. Indywidualne przypadki należy rozpatrywać osobno.
Nie ponoszę odpowiedzialności za skutki stosowania się do tych rozwiązań. Są to wyniki moich prywatnych przemyśleń.
1. Napisałam początek opowiadania/felietonu/artykułu. "I co ja z tym dalej zrobię?!"
2. Czytam moje stare teksty. "Przecież to trzeba napisać od początku!!!"
3. Wena w środku nocy. Pół biedy, gdy następnego dnia nie trzeba wstać o wpół do siódmej rano.
4. Mam świetny pomysł. "Ale co, jeśli ktoś weźmie to do siebie i poczuje się urażony?"
5. Znalazłoby się tego jeszcze trochę...
Recepty:
1. Wróć do opowiadania/felietonu/artykułu później. Wystąpił punkt 2.?
2. Napisz od początku, ale zachowaj pierwszą wersję. Trzeba mieć możliwość przejrzenia drogi, jaką się przeszło.
3. Nienormowany czas pracy byłby idealny... Ale jeśli chodzi o mnie, to pieśń przyszłości.
4. Problem tej osoby. Jeżeli nie masz wrogów, to znaczy, że do niczego w życiu nie doszłaś.
5. Indywidualne przypadki należy rozpatrywać osobno.
Nie ponoszę odpowiedzialności za skutki stosowania się do tych rozwiązań. Są to wyniki moich prywatnych przemyśleń.
piątek, 11 kwietnia 2014
Gnomy
Dedykuję wszystkim, dzięki którym nie dałam się gnomom.
Nie wiem, za jaki gatunek literacki tym razem się zabrałam, bo powyższy tekst nosi cechy felietonu, fantastyki, metafory, opowiadania, opisu przeżyć... Sami oceńcie, moi Drodzy.
Wyhodowałam gnoma.
Wychowałam go na własnej piersi, dbając o niego i życząc mu powodzenia. Już od
początku zdradzał pewne przejawy gnomowatości, jednak długo przymykałam na to
oczy. Myślałam, ze mimo to wyrośnie na porządnego człowieka. Ale gnom zawsze będzie
gnomem.
Poznałam go dawno temu,
gdy był jeszcze maleńkim gnomiątkiem i do złudzenia przypominał człowieka. Był smutny, a ja nie potrafię znieść gdy ktoś, nieważne, człowiek czy gnom płacze.
Pocieszałam go, wkładając w to całe swoje serce. W końcu przygarnęłam go.
Karmił się wiedzą i moją
naiwnością. Wykorzystywał bezwstydnie moje ufne nastawienie do świata i otwartość.
Czasem łobuzował. Wybaczałam mu wszystko, wierząc, ze w głębi duszy jest człowiekiem.
Poświęciłam mu naprawdę
dużo czasu. Pozwalałam mu chodzić po moich schodach, gdzie znajdował
sobie rozmaite rozrywki. Udawał lojalnego. Wierzyłam mu i byłam przekonana, że
gnoma przypomina tylko z wyglądu, a charakter ma ludzki.
Przyjaciółki ostrzegały
mnie, opowiadały, jak przeobraża się, gdy nie ma mnie w pobliżu. Z pobłażaniem
słuchałam ich opowieści o tym, jak jego nos wydłuża się, sylwetka zgina, aż na
jego plecach powstaje garb – oznaka skarlenia moralnego, a z jamy gębowej wydobywa
się szyderczy chichot.
Z czasem pozwalał sobie na
coraz więcej i nawet w obecności swej opiekunki stroił grymasy i podkładał
świnie.
Wciąż tłumaczyłam to sobie
na różne sposoby i poszukiwałam okoliczności łagodzących.
Jednak gnom to gnom. Z
gnomami nie należy wchodzić w żadne relacje. Gnom jak pasożyt, wyniszcza żywiciela.
Oczy otwarły mi się dopiero dzisiaj. Poszłam jak zwykle na targ, a tam
mój gnom w towarzystwie kilku innych trolli wywrzaskiwał złośliwie wszystko, co
powiedziałam mu w zaufaniu. W dodatku przeinaczał co drugie słowo. Następnie
odrażające stworzenia rzuciły się na mnie, tworząc presję psychiczną i stosując
szantaż emocjonalny. Z trudem wyrwałam się z tego obleśnego kręgu. Mogło być ze
mną kiepsko.
Namnożyło się tych gnomów. I udoskonaliły zdolność upodabniania się do ludzi. Niektóre to wręcz gnomy w ludzkiej skórze. Umieją znakomicie manipulować emocjami. Mogą się wydawać inteligentne, lecz w rzeczywistości są tylko chytre.
Coraz więcej tych, których miałam za ludzi, zrzuciło maski
oraz przebrania i okazało się gnomami.
Strzeżcie się gnomów! Ta
zaraza próbuje opanować świat.
niedziela, 16 marca 2014
"Tajemnicza sprawa" cz. 3
Ponieważ na dość długi czas zarzuciłam to opowiadanie, zamieszczam poniżej linki do dwóch pierwszych części:
***
Tak wyglądał szkic Aliny, która oddała notes przyjaciółce i patrzyła na nią z wyczekiwaniem.
- Masz fotograficzną pamięć - stwierdziła ta z uznaniem.
- Nie do końca, po prostu przerysowałam to wcześniej na rękę. Ty byś prawie nic nie zobaczyła, bo trochę się wytarło, ale pomogło mi odtworzyć obraz.
- Rozumiem - mruknęła Aurelia.
- Robisz kalkę językową z angielskiego - zauważyła Alina z niesmakiem.
- Ja? Jak to? Dlaczego?
- Bo po angielsku powiedziałabyś "I see".
- No to kalka językową byłoby "Widzę"... - spokojnie odpowiedziała Aurelia.
- Niech ci będzie, ten jeden raz. Ważniejsze są te znaki, kurczę, jestem pewna, że już gdzieś je widziałam! To jakiś alfabet, nie?
Przyjaciółka wzruszyła ramionami.
- Jakbyś mnie pytała o problemy milenijne, to byłabym w stanie odpowiedzieć.
- Przyjaźnię się z szaloną matematyczką - jęknęła Alina. - Nie mogłaś się zainteresować czymś praktyczniejszym?
c. d. n.
środa, 5 marca 2014
Dalszy ciąg opowiadania sylwestrowego
Po krótkiej i niezbyt przyjemnej wymianie zdań dziewczęta wróciły do domu.
Domu Flory, oczywiście.
- To co, robimy melanż? - Hanka popatrzyła na koleżankę z nadzieją. Flora z trudem wytrzymała to spojrzenie, godne kota ze Shreka, starając się mu nie ulec.
Już zanosiło się na kolejną sprzeczkę, gdy z szafki w przedpokoju... spadł kot. Rudy kot, należący do kuzynki Flory, mieszkającej w tym samym domu-bliźniaku, tylko w drugim jego skrzydle, mający w zwyczaju włóczyć się w różnych dziwnych miejscach, nie dający się powstrzymać oknom i zamkom.
Zrzucił przy okazji kilka czapek, szalików i cienką książeczkę o kolorowej okładce. Hania natychmiast wykazała inicjatywę, pozbierała rzeczy z podłogi, obejrzała dokładnie książkę i... ku przerażeniu Florki oznajmiła, że jest to książka kucharska i ona ma ogromną ochotę coś upichcić.
Na nic zdały się protesty gospodyni. Hanka znalazła przepis na naleśniki z nadzieniem borówkowym i zaczęła roztaczać rozkoszne wizje wybornych potraw. Wbrew oporowi przyjaciółki pognała do kuchni.
Na początek zajęła się poszukiwaniem miksera.
Flora kulturalnie kazała jej odłożyć wiertarkę, po czym odebrała jej płyn do kąpieli w butelce przypominającej tą od mleka smakowego.
![]() |
| Źródło ilustracji: tumblr |
Rozbrojona Hania postanowiła znaleźć przynajmniej jajka. Flora, przyparta do muru zdecydowała się zacząć współpracować. Zaczęła od podania koleżance mąki, słusznie przypuszczając, że naleśniki z dwiema szklankami cukru pudru to nie najlepszy pomysł. Pokornie wyjęła mikser i mrożone borówki. Ku jej najszczerszemu zdumieniu Hania poprawnie podłączyła urządzenie do prądu. Wsypała owoce, uruchomiła mikser... i dopiero wtedy zaczęły się problemy.
Po chwili wszystko było pokryte szkarłatnymi plamami - szafki kuchenne, podłoga, ściany. Szczególnie makabryczne wrażenie robiła twarz Hani, po której spływały strugi soku borówkowego.
- Chyba nie zakręciłam miksera - stwierdziła oczywistość sprawczyni tego zamieszania.
W tym, najgorszym z możliwych momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
Wrócili rodzice Flory.
Panika.
Przerażenie.
Gorączkowe zacieranie śladów.
- Kochanie, nie śpisz jeszcze? Poznaliśmy na przyjęciu wspaniałego człowieka, reżysera, który szuka miejsca, gdzie mógłby nakręcić film... - mówiła mama Florki, witając się z córką w przedpokoju i przedstawiając jej niskiego, brodatego pana w cylindrze.
- Jaki film? - zdziwiła się dziewczynka.
- Konkretnie byłby to horror. Panienki mama zaproponowała wasz dom jako dobrą scenerię, ze względu na wystrój w starym stylu... - gość rozejrzał się z aprobatą, po czym podążył do kuchni. - Cudownie! Nawet nie trzeba nic charakteryzować! Jak panienki osiągnęły ten potworny efekt?
Tym sposobem Flora i Hanka uniknęły przykrych konsekwencji. Film nakręcono, i odniósł wielki sukces. Gospodarze wprawdzie nie byli w stanie zdobyć się na pochwalenie córki za udział w zorganizowaniu "dekoracji", jednak przymknęli oko na ten wybryk, a nawet na pewne zniszczenia.
Po chwili wszystko było pokryte szkarłatnymi plamami - szafki kuchenne, podłoga, ściany. Szczególnie makabryczne wrażenie robiła twarz Hani, po której spływały strugi soku borówkowego.
- Chyba nie zakręciłam miksera - stwierdziła oczywistość sprawczyni tego zamieszania.
W tym, najgorszym z możliwych momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
Wrócili rodzice Flory.
Panika.
Przerażenie.
Gorączkowe zacieranie śladów.
- Kochanie, nie śpisz jeszcze? Poznaliśmy na przyjęciu wspaniałego człowieka, reżysera, który szuka miejsca, gdzie mógłby nakręcić film... - mówiła mama Florki, witając się z córką w przedpokoju i przedstawiając jej niskiego, brodatego pana w cylindrze.
- Jaki film? - zdziwiła się dziewczynka.
- Konkretnie byłby to horror. Panienki mama zaproponowała wasz dom jako dobrą scenerię, ze względu na wystrój w starym stylu... - gość rozejrzał się z aprobatą, po czym podążył do kuchni. - Cudownie! Nawet nie trzeba nic charakteryzować! Jak panienki osiągnęły ten potworny efekt?
Tym sposobem Flora i Hanka uniknęły przykrych konsekwencji. Film nakręcono, i odniósł wielki sukces. Gospodarze wprawdzie nie byli w stanie zdobyć się na pochwalenie córki za udział w zorganizowaniu "dekoracji", jednak przymknęli oko na ten wybryk, a nawet na pewne zniszczenia.
niedziela, 23 lutego 2014
Już teraz możecie polubić moją stronę na facebooku!
Oto Fanpage bloga Ciekawe i Ciekawsze!
Oprócz linków do moich wpisów możecie tu znaleźć także rozmaite dodatki, jak na przykład zdjęcia.
Oprócz linków do moich wpisów możecie tu znaleźć także rozmaite dodatki, jak na przykład zdjęcia.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Opowiadanie, które napisałam kilka lat temu i znalazłam na strychu. Uwaga, duża dawka absurdalnego humoru!
Poprzedniego dnia Florka do późna oglądała telewizję. Prawdę mówiąc, było to 31 grudnia. Jej rodzina wybrała się na imprezę, lecz ona musiała zostać w domu.
Punktualnie o wpół do dwunastej rozległ się dzwonek do drzwi.
- Hanka? - zapytała, z niemal niedostrzegalnym oporem otwierając drzwi koleżance.
- Zobacz, przyniosłam fajerwerki! Akurat mieszkasz na przedmieściu, to jest miejsce, żeby je wystrzelić.
- O, rany - jęknęła Florka. Hanka miała dwie lewe ręce i bardziej było prawdopodobne, że wysadzi w powietrze pół miasta, niż że uda jej się bezpiecznie odpalić petardę czy fajerwerk, powodując ładne widoki, a nie katastrofę. Nie dalej niż miesiąc wcześniej Florę o drugiej dwadzieścia w nocy obudził telefon od spanikowanej Hani, która informowała:
- Słuchaj, Flora! Ja dzisiaj po powrocie ze szkoły strąciłam z półki kwas solny...
- Co z tego...? - ziewnęła zaspana i wściekła koleżanka.
- No i ten kwas był niedokręcony i się rozlał, bo ja kilka dni temu przeprowadzałam eksperymenty, i chyba go nie dokręciłam... - sapała Hanka - i ten kwas rozpuścił podpórkę, wiesz, tę podtrzymującą książki, żeby nie spadły... bo ten kwas spadł na niższą półkę, zamiast na podłogę, pamiętasz, moja mama jest chemikiem i na wyższych półkach trzyma różne substancje...
- Że co?! Co ty mówisz?! - przerwała jaj przyjaciółka, próbując zrozumieć ten natłok wydarzeń, które najwyraźniej spotkały dziewczynkę. Ona jednak, nie zważając na to pytanie, kontynuowała.
- Czasem pozwala mi z nimi eksperymentować, zupełnie nie wiem, czemu niektórzy z jej znajomych twierdzą, że to nieodpowiedzialne... więc na wyższych półkach ma odczynniki, a na niższych książki, no i te książki spadły, przewróciły ten duży, wysoki wazon, z którego wylała się woda, ale to nie jest najgorsze, bo wiesz, ten wazon razem z resztką wody przewrócił się na stolik multimedialny, i woda zmoczyła laptopa i głośniki, a wazon rozbił telewizor, a laptop zaczął się palić, bo pewnie było spięcie, i od tego laptopa zapaliła się drewniana szafa z futrami, i wyleciały z niej wszystkie mole, naprawdę, nie rozumiem, dlaczego rodzice kupują tą głupią lawendę, zamiast po prostu użyć ognia, przecież to taka skuteczna metoda, i ta szafa ciągle się pali... - paplała Hanka bez ładu i składu.
- Dość! - wrzasnęła skołowana Flora do słuchawki. - I dlaczego, do septyliarda piorunów do mnie z tym dzwonisz?!
- Czekaj, jeszcze nie skończyłam! W tej szafie na szczęście nie ma maminego futra z norek, bo rodzice są na przyjęciu...
- To od razu dzwoń na straż pożarną!
- Niezły pomysł, nie przyszło mi to do głowy...
Lekkomyślność Hanki była więc wprost przerażająca, zwłaszcza, że wówczas Florka odnosiła wrażenie, iż gdyby miała pod ręką koleżankę i jakiekolwiek narzędzie tortur (na przykład nagranie wszystkich odcinków którejś z brazylijskich telenowel), niewątpliwie skończyłoby się to nieprzyjemnie. Straż na szczęście odratowała cudem mieszkanie Hani, winowajczyni za karę musiała jedynie zrobić porządek w kwaterze (jej reakcja brzmiała: "Co?! Mam posprzątać cały ten bajzel?!"). W każdym razie dziewczę to absolutnie nie miało szczęścia do ognia i pozwolenie jej na odpalenie fajerwerków byłoby niemal równoznaczne z samobójstwem, toteż Florka chętniej pozwoliłaby się zamarynować w occie i ugotować w przesolonym barszczu, okraszonym dwoma grzybkami, niż wydać takową zgodę.
- To jak? Pomożesz mi?
- A pamiętasz, co było miesiąc temu?
- To, że musiałam sprzątać straszny bajzel? To było nieludzkie, co nie?
- Akurat mam na myśli twoją masakrę kwasem solnym - syknęła przez zęby Florka.
- To był wypadek przy pracy...
- A jak rok temu wysłałaś w kosmos na fajerwerku mojego chomika? Cud, że przeżył, tyle, że do tej pory świeci w nocy...
- Przynajmniej masz darmową lampkę nocną - Hanka wzruszyła ramionami, a koleżanka rzuciła jaj mordercze spojrzenie.
- Albo jak na technice ogłoszono alarm pożarowy, a okazało się, że to twoje śniadanie się fajczy. Albo jak odkryłaś w kieszeni plecaka 50 gramów zeszłorocznej pleśni. Albo jak na polskim coś pachniało dymem i okazało się, że to podpalona chusteczka...
- To akurat sprawka Jacka...
- Nieważne, rozpędziłam się. Równie dobrze mogłaby być twoja, tyle, że ty byś tego nie zrobiła z premedytacją.
- Dlatego to ty odpalisz fajerwerki. Tobie się wszystko udaje.
"Oprócz znalezienia towarzystwa, w którym moje życie nie jest w każdej chwili narażone na niebezpieczeństwo", pomyślała Florka, lecz posłusznie ubrała swój ulubiony płaszcz moro i kozaczki. Wyszły przed dom i przeszły na drugą stronę ulicy, gdzie rzeczywiście znajdował się placyk, który byłby wręcz idealny do zajęć pirotechnicznych, gdyby nie porastająca go sucha trawa, która, jak wiadomo, jest łatwopalna.
- To może zacznijmy od przeczytania instrukcji - zasugerowała cierpko Flora.
- Nudzisz - ziewnęła Hanka. - Ale jak chcesz, czytaj. Tu są - wyjęła owinięty papierem pakunek z plecaka.
Jej koleżanka podejrzliwie przyjrzała się fajerwerkom.
- Hanka? - powiedziała nagle dziwnym głosem.
- Tak? - mruknęła przyjaciółka tonem raczej znudzonym. - Pospiesz się trochę.
- Gdzieś ty kupiła te fajerwerki?
- U jednego Tatara na rynku, w promocyjnej cenie...
- Hanka!
- Co? Masz pretensje, że wykorzystuję okazje?
- Nie! Jeśli już, to mam pretensje, że dajesz sobie wcisnąć kit!
- Jak to?
- Po pierwsze, to ma jakieś 50 lat, może nawet więcej...
- Czy wtedy już znano fajerwerki?
- Nie mam pojęcia.*
- Ale miały taką ładną etykietę!
- Etykieta jest z zeszłego roku, ściągnięta z czegoś innego. A to jakiś złom z napisami po rusku.
- Skąd wiesz, że po rusku? Nie znasz przecież rosyjskiego?
- Cyrylicą w każdym razie.
Nastąpił powolny proces kojarzenia faktów.
- Myślisz, że kupiłam niewybuchy z czasów Drugiej Wojny Światowej?
- Nie żebym coś sugerowała - westchnęła Flora, dobitnie sugerując, że to właśnie myśli.
* Fajerwerki znano już w starożytnych Chinach.
Punktualnie o wpół do dwunastej rozległ się dzwonek do drzwi.
- Hanka? - zapytała, z niemal niedostrzegalnym oporem otwierając drzwi koleżance.
- Zobacz, przyniosłam fajerwerki! Akurat mieszkasz na przedmieściu, to jest miejsce, żeby je wystrzelić.
- O, rany - jęknęła Florka. Hanka miała dwie lewe ręce i bardziej było prawdopodobne, że wysadzi w powietrze pół miasta, niż że uda jej się bezpiecznie odpalić petardę czy fajerwerk, powodując ładne widoki, a nie katastrofę. Nie dalej niż miesiąc wcześniej Florę o drugiej dwadzieścia w nocy obudził telefon od spanikowanej Hani, która informowała:
- Słuchaj, Flora! Ja dzisiaj po powrocie ze szkoły strąciłam z półki kwas solny...
- Co z tego...? - ziewnęła zaspana i wściekła koleżanka.
- No i ten kwas był niedokręcony i się rozlał, bo ja kilka dni temu przeprowadzałam eksperymenty, i chyba go nie dokręciłam... - sapała Hanka - i ten kwas rozpuścił podpórkę, wiesz, tę podtrzymującą książki, żeby nie spadły... bo ten kwas spadł na niższą półkę, zamiast na podłogę, pamiętasz, moja mama jest chemikiem i na wyższych półkach trzyma różne substancje...
- Że co?! Co ty mówisz?! - przerwała jaj przyjaciółka, próbując zrozumieć ten natłok wydarzeń, które najwyraźniej spotkały dziewczynkę. Ona jednak, nie zważając na to pytanie, kontynuowała.
- Czasem pozwala mi z nimi eksperymentować, zupełnie nie wiem, czemu niektórzy z jej znajomych twierdzą, że to nieodpowiedzialne... więc na wyższych półkach ma odczynniki, a na niższych książki, no i te książki spadły, przewróciły ten duży, wysoki wazon, z którego wylała się woda, ale to nie jest najgorsze, bo wiesz, ten wazon razem z resztką wody przewrócił się na stolik multimedialny, i woda zmoczyła laptopa i głośniki, a wazon rozbił telewizor, a laptop zaczął się palić, bo pewnie było spięcie, i od tego laptopa zapaliła się drewniana szafa z futrami, i wyleciały z niej wszystkie mole, naprawdę, nie rozumiem, dlaczego rodzice kupują tą głupią lawendę, zamiast po prostu użyć ognia, przecież to taka skuteczna metoda, i ta szafa ciągle się pali... - paplała Hanka bez ładu i składu.
- Dość! - wrzasnęła skołowana Flora do słuchawki. - I dlaczego, do septyliarda piorunów do mnie z tym dzwonisz?!
- Czekaj, jeszcze nie skończyłam! W tej szafie na szczęście nie ma maminego futra z norek, bo rodzice są na przyjęciu...
- To od razu dzwoń na straż pożarną!
- Niezły pomysł, nie przyszło mi to do głowy...
Lekkomyślność Hanki była więc wprost przerażająca, zwłaszcza, że wówczas Florka odnosiła wrażenie, iż gdyby miała pod ręką koleżankę i jakiekolwiek narzędzie tortur (na przykład nagranie wszystkich odcinków którejś z brazylijskich telenowel), niewątpliwie skończyłoby się to nieprzyjemnie. Straż na szczęście odratowała cudem mieszkanie Hani, winowajczyni za karę musiała jedynie zrobić porządek w kwaterze (jej reakcja brzmiała: "Co?! Mam posprzątać cały ten bajzel?!"). W każdym razie dziewczę to absolutnie nie miało szczęścia do ognia i pozwolenie jej na odpalenie fajerwerków byłoby niemal równoznaczne z samobójstwem, toteż Florka chętniej pozwoliłaby się zamarynować w occie i ugotować w przesolonym barszczu, okraszonym dwoma grzybkami, niż wydać takową zgodę.
- To jak? Pomożesz mi?
- A pamiętasz, co było miesiąc temu?
- To, że musiałam sprzątać straszny bajzel? To było nieludzkie, co nie?
- Akurat mam na myśli twoją masakrę kwasem solnym - syknęła przez zęby Florka.
- To był wypadek przy pracy...
- A jak rok temu wysłałaś w kosmos na fajerwerku mojego chomika? Cud, że przeżył, tyle, że do tej pory świeci w nocy...
- Przynajmniej masz darmową lampkę nocną - Hanka wzruszyła ramionami, a koleżanka rzuciła jaj mordercze spojrzenie.
- Albo jak na technice ogłoszono alarm pożarowy, a okazało się, że to twoje śniadanie się fajczy. Albo jak odkryłaś w kieszeni plecaka 50 gramów zeszłorocznej pleśni. Albo jak na polskim coś pachniało dymem i okazało się, że to podpalona chusteczka...
- To akurat sprawka Jacka...
- Nieważne, rozpędziłam się. Równie dobrze mogłaby być twoja, tyle, że ty byś tego nie zrobiła z premedytacją.
- Dlatego to ty odpalisz fajerwerki. Tobie się wszystko udaje.
"Oprócz znalezienia towarzystwa, w którym moje życie nie jest w każdej chwili narażone na niebezpieczeństwo", pomyślała Florka, lecz posłusznie ubrała swój ulubiony płaszcz moro i kozaczki. Wyszły przed dom i przeszły na drugą stronę ulicy, gdzie rzeczywiście znajdował się placyk, który byłby wręcz idealny do zajęć pirotechnicznych, gdyby nie porastająca go sucha trawa, która, jak wiadomo, jest łatwopalna.
- To może zacznijmy od przeczytania instrukcji - zasugerowała cierpko Flora.
- Nudzisz - ziewnęła Hanka. - Ale jak chcesz, czytaj. Tu są - wyjęła owinięty papierem pakunek z plecaka.
Jej koleżanka podejrzliwie przyjrzała się fajerwerkom.
- Hanka? - powiedziała nagle dziwnym głosem.
- Tak? - mruknęła przyjaciółka tonem raczej znudzonym. - Pospiesz się trochę.
- Gdzieś ty kupiła te fajerwerki?
- U jednego Tatara na rynku, w promocyjnej cenie...
- Hanka!
- Co? Masz pretensje, że wykorzystuję okazje?
- Nie! Jeśli już, to mam pretensje, że dajesz sobie wcisnąć kit!
- Jak to?
- Po pierwsze, to ma jakieś 50 lat, może nawet więcej...
- Czy wtedy już znano fajerwerki?
- Nie mam pojęcia.*
- Ale miały taką ładną etykietę!
- Etykieta jest z zeszłego roku, ściągnięta z czegoś innego. A to jakiś złom z napisami po rusku.
- Skąd wiesz, że po rusku? Nie znasz przecież rosyjskiego?
- Cyrylicą w każdym razie.
Nastąpił powolny proces kojarzenia faktów.
- Myślisz, że kupiłam niewybuchy z czasów Drugiej Wojny Światowej?
- Nie żebym coś sugerowała - westchnęła Flora, dobitnie sugerując, że to właśnie myśli.
* Fajerwerki znano już w starożytnych Chinach.
czwartek, 6 lutego 2014
Lekcja polskiego
Tego dnia pierwsza była lekcja języka polskiego.
- Dziś będziemy omawiać poezję współczesną - oznajmiła polonistka. - Otwórzcie podręczniki na stronie 348.
"Czy te książki muszą koniecznie mieć takie wielkie marginesy?" - zastanowiła się Ela. "Spokojnie mogłyby być dwa razy lżejsze, gdyby nie wielkie puste przestrzenie po bokach".
Podzieliła się tą refleksją z Krystyną, koleżanką z ławki, która tylko wzruszyła ramionami i odpowiedziała rzeczowo:
- Wtedy wydawnictwa mniej by zarobiły.
- Alu i eee, Justyno, o czym rozmawiacie? - dał się słyszeć zmęczony głos nauczycielki.
Dziewczyny z trudem powstrzymały się od śmiechu.
- Rozmawiamy o podręczniku. I mam na imię Ela.
- Dobrze, tak, oczywiście. Olu, czy mogłabyś przeczytać tekst poetycki na podanej stronie?
- "Wiersz o wszystkim", autorstwa Bardzo Nowoczesnego Poety.
Klasa patrzyła na nią w oczekiwaniu.
- No, czytasz czy nie? - Franek próbował ją poganiać.
- Przeczytałam. Koniec. Ten wiersz to... pusta kartka.
- Przejdźmy zatem do analizy tekstu literackiego - powiedziała pani Tłuczek, ignorując ostatnie zdanie uczennicy. - Jaka jest budowa wiersza?
Gimnazjaliści patrzyli na siebie zdezorientowani.
- Czy mam wyznaczyć ochotnika? Klaro, może spróbujesz?
- Więc... wiersz ma zero strof, w każdej strofie zero sylab. Brak rymów...
- Bardzo dobrze. Zajmijmy się teraz interpretacją. Jak rozumiecie przesłanie wiersza? Mateusz się zgłasza, proszę, powiedz, Mateuszku, co według ciebie autor miał na myśli? Zanalizuj przy okazji zastosowane środki poetyckie.
- Przesłanie wiersza jest bardzo głębokie. Wiersz mówi o wszystkim i o niczym. Każdy może sobie dopowiedzieć, co jest jego najważniejszą treścią. Występuje tu metafora, brak słów może symbolizować niemożność wypowiedzenia wszystkiego werbalnie...
- Doskonała hipoteza interpretacyjna. Czy ktoś ma coś do dodania?
- Zauważyłam tu porównanie. Z tytułu wiersza można wywnioskować, że dotyczy on wszystkiego, a jednak jego treść nie zawiera nic. Zatem autor... to jest, podmiot liryczny, chce nam przekazać, że wszystko jest jak nic - odezwała się Agata.
- U mnie wiersz wywołuje skojarzenia z pustynią - dorzucił Damian. Nauczycielka zdjęła okulary i przyjrzała mu się uważnie, wyraźnie czekając na dalszy ciąg. Chłopiec nabrał powietrza i kontynuował - Pustynia wydaje się pusta, a jednak jest na niej wiele żywych stworzeń, jeśli się dobrze poszuka... taka treść w niej jest. I dużo piasku oczywiście.
- I nie ma wody, tak jak w tym wierszu nie ma lania wody - wtrąciła błyskotliwie Paulina. W sali rozległo się kilka przyciszonych chichotów, a także parę komentarzy w rodzaju "nieśmieszne!" czy "suche".
- Wspaniale pracowaliście nad omówieniem utworu - oznajmiła polonistka, niezrażona narastającym szumem szeptanych rozmów. - Pamiętajcie, że na następnej lekcji sprawdzę wasze notatki!
- A ja nadal nie mogę się nadziwić, że omówienie wiersza jest o kilka stron dłuższe niż sam wiersz - stwierdził Patryk po wyjściu z sali.
- Ten poeta to niezły cwaniak - odpowiedziała Krystyna z pewnym niesmakiem. - Nie napracował się, a dostaje kasę za pustą kartkę, którą nazywa wierszem.
- I jeszcze jest promowany w szkołach - uzupełniła Matylda z lekką zazdrością.
- To działa tak, jak ze sztuką współczesną. Nie musi być bardzo ambitne, albo skomplikowane, ale dobrze się sprzedaje, bo jest oryginalne - spróbowała podsumować Ela.
- Ale przyznacie, że jednak omawianie nieistniejącego wiersza było ciekawe... - rzucił spostrzeżenie Jurek.
Koniec
"Szalone perypetie" cz. 63
Znów znaleźli się w tym dziwnym, kamienistym tunelu. Szli spokojnie, nie czyniąc wiele hałasu.
- Wybierzecie się ze mną do archiwum? - zapytał Antek.
- Musimy już wracać do naszej klasy. Niestety... - odparła Ela. Żak zrobił rozczarowaną minę, jednak nie zaprotestował.
Wskazał im drogę, którą podążyli bez sprzeciwu.
Natknęli się na drewniane drzwi. Leon otworzył je ostrożnie, jakby spodziewał się za nimi stada dzikich zwierząt.
Zamiast tego ujrzeli dwadzieścioro swoich kolegów i koleżanek, wyraźnie znudzonych wykładem przewodniczki o matowym głosie.
Więc ostrożność okazała się uzasadniona.
Pożegnawszy się z przyjacielem i zamknąwszy drzwi, powoli dołączyli do grupy, przybierając na twarze wyraz znudzenia, jakby stali w tym miejscu od pół godziny. Radek pozwolił sobie nawet na ziewnięcie.
Wyglądało na to, że nikt z nauczycieli nie nabrał wobec nich podejrzeń. Wagarowicze wymienili triumfujące uśmiechy.
- Wybierzecie się ze mną do archiwum? - zapytał Antek.
- Musimy już wracać do naszej klasy. Niestety... - odparła Ela. Żak zrobił rozczarowaną minę, jednak nie zaprotestował.
Wskazał im drogę, którą podążyli bez sprzeciwu.
Natknęli się na drewniane drzwi. Leon otworzył je ostrożnie, jakby spodziewał się za nimi stada dzikich zwierząt.
Zamiast tego ujrzeli dwadzieścioro swoich kolegów i koleżanek, wyraźnie znudzonych wykładem przewodniczki o matowym głosie.
Więc ostrożność okazała się uzasadniona.
Pożegnawszy się z przyjacielem i zamknąwszy drzwi, powoli dołączyli do grupy, przybierając na twarze wyraz znudzenia, jakby stali w tym miejscu od pół godziny. Radek pozwolił sobie nawet na ziewnięcie.
Wyglądało na to, że nikt z nauczycieli nie nabrał wobec nich podejrzeń. Wagarowicze wymienili triumfujące uśmiechy.
piątek, 31 stycznia 2014
"Szalone perypetie" cz. 62
Informacja do dziwnego portiera została zredagowana we względnej zgodzie (szóstoklasiści byli już zbyt zmęczeni, by się kłócić). Zostawili ją tak, by na pewno została zauważona - na kubku, pełnym ciepłej jeszcze tajemniczej substancji, zapachem przypominającej kawę, a wyglądem - herbatę.
Następnie podeszli do drzwi.
- Zaraz - Leon zastanowił się. - Te drzwi były zamknięte na klucz.
- Mam zapasowy.
- Dorobiłeś? - zdziwiła się Ela.
- Dostałem.
- Od Charonowskiego? - domyślił się Radek.
- Tak.
Bez dalszych zbędnych dyskusji wyszli na korytarz.
![]() |
| Źródło obrazka: http://themountainlaurel.tumblr.com/post/74753518296/sincerely-kinsey |
- Zaraz - Leon zastanowił się. - Te drzwi były zamknięte na klucz.
- Mam zapasowy.
- Dorobiłeś? - zdziwiła się Ela.
- Dostałem.
- Od Charonowskiego? - domyślił się Radek.
- Tak.
Bez dalszych zbędnych dyskusji wyszli na korytarz.
piątek, 24 stycznia 2014
"Szalone perypetie" cz. 61
- Właśnie mówię, że nie wiem - odparła dziewczyna z typowym dla siebie stoickim spokojem. Ironię, zawartą w jej słowach zdradzały tylko śmiejące się oczy i kąciki warg, nad którymi (Radek dopiero teraz to zauważył) z trudem panowała.
- Myślisz o ucieczce systemem wentylacji? - nie mógł uwierzyć Leon. - Zwariowałaś?
- Mam taką sprawdzoną metodę na marudy. Wpadł ktoś na lepszy pomysł?
Odpowiedziała jej cisza, zakłócana jedynie szumem powietrza, tłoczonego do podziemi. Dopiero po chwili rozpoczęła się lawina propozycji, wysuwanych kolejno przez Darię, Leona i Radka:
- Poczekać na Charona i robić co każe?
- Poczekać na niego, ogłuszyć i uciec?
- Postawić ultimatum?
- Jakie ultimatum?! To nie mi odbiło. Nie mamy żadnej broni, czym go ogłuszymy? Już chyba z tego wszystkiego najlepszy jest pomysł Darii. Ale nie wiem, czemu nie mielibyśmy spróbować z kanałami. Co ryzykujemy?
- Życie - odparł grobowo Leon.
- Jest to jakiś argument... - córka wynalazcy jakby się poddała.
- Co nam szkodzi poczekać? - zgodził się Radek.
Nastroje na moment uspokoiły się.
- Poza tym - dorzuciła Ela - chyba nie zostawimy Cerbera tak bez pożegnania.
- Zdążyłaś już przywiązać się do tego dobermana? - przyjaciele zdziwili się zbiorowo.
- Za łatwo się przywiązuję - odparła filozoficznie.
W tym momencie drzwi otwarły się bezszelestnie.
Do stróżówki wkroczył... Antek, już stary znajomy szóstoklasistów.
- Kogo jak kogo, ale ciebie to się tutaj nie spodziewałam - stwierdziła Elka po chwilowym szoku.
- A niesłusznie - odparł żak.
- Wzięło was oboje na tajemniczość - przyczepiła się Daria.
- Bywam tu dość często. Dwa korytarze stąd znajduje się archiwum. Czasem je przeglądam, pomaga to Fulgencjuszowi w jego badaniach. Znam pana Charonowskiego. Nie uczyni wam nic złego, w wypadku najgorszym przez pół dnia będzie próbował zanudzić was na śmierć.
Ela, której brutalnie odebrano rolę osoby wiedzącej najwięcej, a przy tym tajemniczej, miała zbyt dużo pytań, by je zadać. Wyręczył ją Radek.
- Pomożesz nam się stąd wydostać?
- Ma się rozumieć. Lecz wpierw napiszmy notatkę do waćpana Charonowskiego, by mu to zakomunikwoać. Potem zaś skierujmy się do archiwum. Nie spieszycie się ponad miarę?
- Myślisz o ucieczce systemem wentylacji? - nie mógł uwierzyć Leon. - Zwariowałaś?
- Mam taką sprawdzoną metodę na marudy. Wpadł ktoś na lepszy pomysł?
Odpowiedziała jej cisza, zakłócana jedynie szumem powietrza, tłoczonego do podziemi. Dopiero po chwili rozpoczęła się lawina propozycji, wysuwanych kolejno przez Darię, Leona i Radka:
- Poczekać na Charona i robić co każe?
- Poczekać na niego, ogłuszyć i uciec?
- Postawić ultimatum?
- Jakie ultimatum?! To nie mi odbiło. Nie mamy żadnej broni, czym go ogłuszymy? Już chyba z tego wszystkiego najlepszy jest pomysł Darii. Ale nie wiem, czemu nie mielibyśmy spróbować z kanałami. Co ryzykujemy?
- Życie - odparł grobowo Leon.
- Jest to jakiś argument... - córka wynalazcy jakby się poddała.
- Co nam szkodzi poczekać? - zgodził się Radek.
Nastroje na moment uspokoiły się.
- Poza tym - dorzuciła Ela - chyba nie zostawimy Cerbera tak bez pożegnania.
- Zdążyłaś już przywiązać się do tego dobermana? - przyjaciele zdziwili się zbiorowo.
- Za łatwo się przywiązuję - odparła filozoficznie.
W tym momencie drzwi otwarły się bezszelestnie.
Do stróżówki wkroczył... Antek, już stary znajomy szóstoklasistów.
- Kogo jak kogo, ale ciebie to się tutaj nie spodziewałam - stwierdziła Elka po chwilowym szoku.
- A niesłusznie - odparł żak.
- Wzięło was oboje na tajemniczość - przyczepiła się Daria.
- Bywam tu dość często. Dwa korytarze stąd znajduje się archiwum. Czasem je przeglądam, pomaga to Fulgencjuszowi w jego badaniach. Znam pana Charonowskiego. Nie uczyni wam nic złego, w wypadku najgorszym przez pół dnia będzie próbował zanudzić was na śmierć.
Ela, której brutalnie odebrano rolę osoby wiedzącej najwięcej, a przy tym tajemniczej, miała zbyt dużo pytań, by je zadać. Wyręczył ją Radek.
- Pomożesz nam się stąd wydostać?
- Ma się rozumieć. Lecz wpierw napiszmy notatkę do waćpana Charonowskiego, by mu to zakomunikwoać. Potem zaś skierujmy się do archiwum. Nie spieszycie się ponad miarę?
c. d. n.
niedziela, 12 stycznia 2014
"Szalone perypetie" cz. 60
Popatrzyli po sobie z niepokojem. Pan Charonowski zauważył to.
- No, rozgośćta się, a ja tu zaraz wrócę. Towarzystwa brak, nudno tu tak, potem porozmawiamy.
Otworzył (metalowe! bez szans na wyłamanie) drzwi, wyszedł (zabierając ze sobą psa), zamknął je, a po chwili dało się słyszeć dźwięk dwukrotnego przekręcania klucza w zamku.
- Prawie hip hop - stwierdził Radek, po czym w duecie z Elą zarapował:
Towarzystwa brak,
nudno tak,
Zgubił mi się takt,
Jak stąd wyjść,
Jak, no jak?!
Daria spontanicznie zaczęła bić brawo.
- Odbija wam - mruknął pod nosem Leon.
Jego wzrok był utkwiony w jakiejś małej, różowawej karteczce.
Ela, zaciekawiona, zajrzała mu przez ramię. Dopóki nie zorientował się, że jest przez nią szpiegowany i nie schował nerwowo karteluszka do kieszeni, zdążyła odczytać takie oto dwa wersy:
Wczoraj nie wiedziałam o Tobie nic,
Dziś nie potrafię bez Ciebie żyć
Wczoraj nic o Tobie nie wiedziałam
Dziś jesteś dla mnie światem całym
Leon nerwowo położył palec na ustach, a koleżanka zrobiła minę wcielenia niewinności. Nie potrafiła się jednak powstrzymać od szepnięcia mu na ucho:
- Widzę, że masz dla kogo stąd uciekać - po czym, już normalnym głosem, kontynuowała - na pewno nie możemy tu zostać. Nie będziemy przecież jak roboty do towarzystwa...
- To oczywiste - zgodził się Radek. - Masz jakiś pomysł?
- I tu właśnie tkwi problem. Nie wyważymy tych drzwi, to widać już na pierwszy rzut oka. Są metalowe i osadzone w kamieniu... w litej skale. To wszystko jest wyryte w litej skale, co prawda niezbyt twardej, bo Wawel leży na wapieniu...
- Więc co robimy? - Daria czekała na propozycje.
- Nie wiem, myślę. Usiądźmy na razie.
Usadowili się na wersalce w stylu lat sześćdziesiątych, pokrytej beżową narzutą. Ela ukryła twarz w dłoniach, żeby nic jej nie rozpraszało.
Na chwilę zapadła cisza, rozpraszana jedynie monotonnym szumem... czym? szumem? monotonnym?
Ela wstała tak nagle, że jej przyjaciele aż podskoczyli.
- Eureka! - krzyknęła. I zadowolona z osiągniętego efektu dramatycznego, kontynuowała - Zastanawialiście się, dlaczego jeszcze się nie udusiliśmy?
- Jeszcze? - przestraszyła się Daria.
- Udusilibyśmy się, gdyby nie system wentylacji - wyjaśniła Ela. - Nie wiem co prawda, czy kanały są wystarczająco szerokie dla nas... - z powątpiewaniem otaksowała spojrzeniem Radka.
- No wiesz co! - oburzył się chłopak.
- No, rozgośćta się, a ja tu zaraz wrócę. Towarzystwa brak, nudno tu tak, potem porozmawiamy.
Otworzył (metalowe! bez szans na wyłamanie) drzwi, wyszedł (zabierając ze sobą psa), zamknął je, a po chwili dało się słyszeć dźwięk dwukrotnego przekręcania klucza w zamku.
- Prawie hip hop - stwierdził Radek, po czym w duecie z Elą zarapował:
Towarzystwa brak,
nudno tak,
Zgubił mi się takt,
Jak stąd wyjść,
Jak, no jak?!
Daria spontanicznie zaczęła bić brawo.
- Odbija wam - mruknął pod nosem Leon.
Jego wzrok był utkwiony w jakiejś małej, różowawej karteczce.
Ela, zaciekawiona, zajrzała mu przez ramię. Dopóki nie zorientował się, że jest przez nią szpiegowany i nie schował nerwowo karteluszka do kieszeni, zdążyła odczytać takie oto dwa wersy:
Wczoraj nie wiedziałam o Tobie nic,
Dziś nie potrafię bez Ciebie żyć
Wczoraj nic o Tobie nie wiedziałam
Dziś jesteś dla mnie światem całym
Leon nerwowo położył palec na ustach, a koleżanka zrobiła minę wcielenia niewinności. Nie potrafiła się jednak powstrzymać od szepnięcia mu na ucho:
- Widzę, że masz dla kogo stąd uciekać - po czym, już normalnym głosem, kontynuowała - na pewno nie możemy tu zostać. Nie będziemy przecież jak roboty do towarzystwa...
- To oczywiste - zgodził się Radek. - Masz jakiś pomysł?
- I tu właśnie tkwi problem. Nie wyważymy tych drzwi, to widać już na pierwszy rzut oka. Są metalowe i osadzone w kamieniu... w litej skale. To wszystko jest wyryte w litej skale, co prawda niezbyt twardej, bo Wawel leży na wapieniu...
- Więc co robimy? - Daria czekała na propozycje.
- Nie wiem, myślę. Usiądźmy na razie.
Usadowili się na wersalce w stylu lat sześćdziesiątych, pokrytej beżową narzutą. Ela ukryła twarz w dłoniach, żeby nic jej nie rozpraszało.
Na chwilę zapadła cisza, rozpraszana jedynie monotonnym szumem... czym? szumem? monotonnym?
Ela wstała tak nagle, że jej przyjaciele aż podskoczyli.
- Eureka! - krzyknęła. I zadowolona z osiągniętego efektu dramatycznego, kontynuowała - Zastanawialiście się, dlaczego jeszcze się nie udusiliśmy?
- Jeszcze? - przestraszyła się Daria.
- Udusilibyśmy się, gdyby nie system wentylacji - wyjaśniła Ela. - Nie wiem co prawda, czy kanały są wystarczająco szerokie dla nas... - z powątpiewaniem otaksowała spojrzeniem Radka.
- No wiesz co! - oburzył się chłopak.
c. d. n.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




