wtorek, 24 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 27

  Wyszli na powierzchnię urokliwymi, krętymi, kamiennymi schodkami. "Architekt miał dobry gust" - pomyślała Pchełka.
  Antek zapukał w drewniane drzwiczki: jedno lekkie puknięcie, trzy mocniejsze, potem znowu dwa lżejsze i krótkie bębnienie palcami. Uczniowie łatwo domyślili się, że był to szyfr.
  Po chwili gospodarz uchylił lekko drzwi.
  - Ach, to ty, Antonius! - ucieszył się na początku. Po chwili entuzjazm w jego głosie osłabł - i około dwóch dziesiątek innych pacholąt...
  - Dokładnie dwadzieścia pięć osób - uściśliła Ela tonem dobrze wychowanej panienki.
  - O, i El... ten, no, elokwentne stwierdzenie! Hmmm... jak się zwiesz, El... elokwentna dziewczyno?
  - Ela.
  - Czy możemy wejść, mistrzu Fulgencjuszu? - zapytał żak, przerywając dziwną rozmowę.
  - Ależ tak, tak, oczywiście... - dopiero teraz alchemik otworzył podwoje dostatecznie szeroko, by uczniowie mogli przestąpić tą niecodzienną drogą próg jego pracowni oraz... zobaczyć jej właściciela.




                                                                         c. d. n.

wtorek, 17 lipca 2012

"Szkoła, szkoła" cz. 26

  Uczniowie, nieprzejęci zbytnio niepewnym stanem psychicznym alchemika podążyli za swymi przewodnikami - dwunożnym i czworonożnym. Kot i chłopiec wiedli ich z początku bocznymi, węższymi korytarzami budynku, potem pomieszczeniami piwnicznymi, które ciągnęły się podejrzanie długo.
  - To musi być podziemne przejście - zorientowała się w końcu Józia.
  - Twa przenikliwość mnie zdumiewa, szlachetna młoda niewiasto! Jak brzmi twe miano? I jaki jest twój aetas? - odezwał się Kacper.
  - Że co? - spytała Józia szeptem.
  - Aetas  to wiek osoby. Słowo "miano" chyba rozumiesz, znaczy mniej więcej to samo co "nazwa". Czyli pyta cię o imię i o wiek - wyjaśniła Ela.
  - Mam na imię Józia, mam 12 lat.
  - Ach! Josepha! Jakie urodziwe miano! - Kot zaczął rozpływać się w zachwytach. Przerwał mu Antek, mówiąc:
  - Jesteśmy niemal u celu.

                                                                               c. d. n.
  

sobota, 14 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 25

  - To niemożliwe - stwierdziła Magdalena. - Cóż to za miejsce?!
  - Pracownia mistrza alchemii Fulgencjusza - odparł uroczyście Antek. - Ma on wszelkie mikstury, maście, dryakwie, substancje, mieszaniny... co tylko można wymyślić. Można nabyć u niego smarowidło przeciwko pryszczom, kulki wspomagające pamięć, eliksir miłosny, maść upiększającą dającą gładką, świetlistą cerę, śmiertelne trucizny, cudowne lekarstwa ratujące życie nawet w beznadziejnych przypadkach, wonne olejki... Reklamuje się takim hasłem:
Pójdź do mistrza Fulgencjusza.
Czego pragnie twoja dusza,
Znajdziesz tutaj, odkryjesz to,
Czego Ci drzewiej zabrakło.
Chcecie się do niego wybrać?
  - Oczywiście! - odrzekło z przekonaniem kilka głosów, chłopięcych skuszonych wizją śmiercionośnych trucizn, oraz dziewczęcych, zachęconych informacją o kosmetykach.
  - Zatem bene, idziemy. Ostrzegam jednak, że mistrz Fulgencjusz nie jest... przeciętną osobą.
  - Wyartykułuj wprost, poczciwy chłopcze: jest nieco szalony. Pewni przedstawiciele rodzaju ludzkiego mniemają iż jest pomyleńcem - doprecyzował kot Kacper, wyjątkowo w miarę zrozumiale.


                                                                c. d. n.

czwartek, 12 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 24

  - Co teraz? - zapytał Leon, gdy wszystkie porcje kaszy zostały zjedzone (niedokończonymi osobiście zaopiekował się Inek; nie dopuścił też do tego, by zmarnowała się zawartość misek należących do niejadki Lali i odchudzającej się Niki).
  - Hmmm... może chcielibyście zobaczyć drukarnię? - zaproponował Antek po chwili namysłu.
  - Macie w szkole drukarnię? - zdziwiła się Pchełka.
  - Nie w szkole. W mieście - uśmiechnął się Antek, po czym dodał z dumą - Jest bardzo nowoczesna, mistrz używa w niej ruchomych czcionek.
  - Czy w mieście jest jeszcze coś ciekawego? - zapytała Ola jakby z nadzieją.
  - Nie licz na Sephorę ani Bershkę - mruknął Monteskiusz.
  - Co to jest Sephora? - zapytał żak.
  - To taki sklep, w którym sprzedają pudry, lakiery...
  - ... do paznokci i do włosów...
  - ... perfumy...
  - ... odżywki pielęgnacyjne...
  - ... płyny do kąpieli, kremy regenerujące... - mówiły szóstoklasistki jedna przez drugą.
  - Jest u nas coś podobnego - przerwał im Antek.
Kilkanaście par oczu spojrzało na niego ze zdumieniem, przemieszanym z zachwytem i pewnym niedowierzaniem.



                                                                     c. d. n.

środa, 4 lipca 2012

"Szkoła, szkoła..." cz. 23

 Na tacy stało kilka misek. Jak można się było domyślić, znaczną część ich zawartości stanowiła kasza - w owych czasach jeden z podstawowych produktów żywnościowych Polaków. Główną przyprawą była sól. Do popicia chłopak przyniósł kwaśne mleko, które można było nalać do glinianych kubeczków.
 Lala spojrzała na to wszystko z nietęgą miną:
 - Chyba się poodchudzam...
 - Lepiej nie, i tak już jesteś w grupie ryzyka jeśli chodzi o anoreksję - delikatnie przyzłośliwił się Radek.
 - Dają, trzeba brać - wzruszyła ramionami Talka. Jej wypowiedź w dwudziestym pierwszym wieku nie zabrzmiałaby całkiem jednoznacznie i mogłaby zostać potraktowana jak zachęta do zachowań korupcyjnych, ale w średniowiecznych realiach nikogo nie interesowało specjalnie co tak naprawdę miała na myśli.
 - Popieram - stwierdziła Józia, bohatersko ujmując łyżkę.
 Inek niczego nie stwierdzał, tylko od dłuższej chwili pałaszował z apetytem, a jego trzęsące się uszy mogłyby posłużyć za wiatrak.
 Ela przyglądała się wszystkim z boku, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy jedząc spokojnie kaszę, tak, jakby nie robiło jej różnicy czy w misce znajduje się kasza, czy może raczej crème brûlée, albo też psia karma doprawiona mrówczanem etylu.



                                                                      c. d. n.