poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 41

  Ciemnymi schodami zeszli do piwnicy.
  - Bu! - zawołał Radek, próbując wystraszyć Milę.
  - Bardzo śmieszne - mruknęła urażona koleżanka.
  - Zachowujcie się jakoś, w końcu nie chcemy skompromitować mojego pradziadka - poprosiła ich Ela.
  - Pra- do potęgi którejśtam - wtrącił się Leon. Ela machnęła ręką z rezygnacją.
  - No właśnie. Nie chciało mi się tyle mówić.
***
Pan Fulgencjusz ostrożnie zapukał do drzwi.
  - Ten ktoś zamyka się tak, jakby skrywał tam, w środku, ogromne tajemnice - zauważył Monteskiusz.
  - Każdy cech ma swoje tajemnice, których pilnie strzeże - zwrócił mu uwagę alchemik.
  - Inaczej konkurencja by go wyeliminowała - domyśliła się Filipa, ubierając swoje myśli w dość współczesny język.
  
  Po dłuższej chwili oczekiwania ktoś uchylił... nie, nie rąbka cechowej tajemnicy. Uchylił drzwi.


c. d. n.

czwartek, 20 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 40

  Tymczasowo porzucono sprawy matrymonialne Eli. Wszystko przez uroczego kota Kaspra, który na środku ulicy Grodzkiej zauważył nagle szczura. Co było do przewidzenia, bezzwłocznie puścił się w pogoń za zwierzyną. Kot, nawet mówiący, nie przepuści okazji by złapać tłustego gryzonia. A był to szczur wyjątkowo wielki i potężny, najwyraźniej stuczony w kuchni którejś z karczm. Kocisko, znęcone łupem, pobiegło na oślep i... wpadło przez okienko do piwnicy, w której ukryło się ścigane zwierzę.

 - Jesteśmy prawie na miejscu  - stwierdził Fulgencjusz. - Niestety my zmuszeni będziemy iść schodami, pacholęta drogie.




                                                                     c. d. n.

wtorek, 18 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 39

  - Ja? Dociekliwy? Kobieto, o czym ty mówisz?! - Monteskiusz uniósł brwi, symulując zaskoczenie.
  - Ty, dociekliwy - potwierdziła spokojnie Ela, przyglądając mu się badawczo. - Człowieku, kto jak kto, ale ja umiem rozpoznać kiedy ktoś próbuje się czegoś dowiedzieć, ale nie chce, żeby inni zorientowali się o co tak naprawdę chodzi! Rozmawiasz z pasjonatką erystyki*!
  Chłopiec zignorował trudne słowo, użyte przez koleżankę i przeszedł do konkretów.
  - No, dobrze, niech ci będzie... Albert się uparł.
  - Ach, Albert - jęknęła Ela. - A już się wydawało, że wyszedł na ludzi... wyjątkowo nikogo nie próbował zamordować, zniszczyć mienia, doprowadzić do szaleństwa... a tu nagle wpuszcza cię w jakieś bezsensowne śledztwa. Ale o co mu właściwie chodzi?!
  - Nie domyślasz się czy udajesz?
  - Ja nie mogę, tylko mi jeszcze na liście adoratorów zwariowanego chłopczyka pretendującego do miana chuligana...
  - Jakbyś nie mogła sobie znaleźć kogoś normalnego...
  - Ale to nie ja ich znajduję, tylko oni mnie! - oburzyła się Ela.


*Erystyka - sztuka prowadzenia sporów.

                                                                    c. d. n.

piątek, 14 grudnia 2012

"Szalone perypetie" cz. 38

 Po rozwiązaniu kilku problemów, w rodzaju nieodpowiedniego obuwia Lali (dostała od przodka Eli parę nowiutkich, nieużywanych drewniaków) wyruszyli w drogę. Podróże sprzyjają rozmowom, co widać już w książce The Canterbury Tales* Geoffrey'a Chaucer'a. Tak więc toczyło się naraz wiele pogawędek.
  - Ela?
  - Tak? - dziewczyna odwróciła się w stronę, z której dobiegło pytanie. Z zaskoczeniem zobaczyła przed sobą Monteskiusza.
  - Mam pytanie...
  - Słucham...
  - Ty jesteś dziewczyną Antka?
  - Proszę?!
  - To dlaczego te opowieści przed chwilą... jak jakieś historie miłosne... no... - tu chłopiec zaczął się jąkać, trochę jakby nie wiedział co powiedzieć.
  - Widzę w nim przede wszystkim przyjaciela, poza tym to byłby nienaturalny związek, przecież on jest ode mnie tak naprawdę starszy o ładnych kilka stuleci.
  - Za to ty mówisz tak, jakbyś była starsza o ładnych kilka dekad - mruknął Monteskiusz.
  - Eee tam, nie przesadzaj.
  - Ale nie zaprzeczyłaś.
  - Słuchaj, coś ty się nagle taki dociekliwy zrobił? - Ela przyjrzała się koledze podejrzliwie.


* Z ang. Opowieści z Canterbury - książka napisana w XIV w., jest zbiorem historii opowiadanych przez pielgrzymów.



                                                               c. d. n.