piątek, 25 lipca 2014

Nieoczekiwany gość

 Czteroosobowa grupka absolwentów zebrała się na tyłach szkoły.
 - Damska torebka to nie jest odpowiednie miejsce dla kota - wymruczał Kasper, przeciągając się. Gdy mówił, Daria ze zdegustowaną miną wytrzepywała kocie kłaki ze swojej kupionej poprzedniego dnia torby. Ela natomiast zignorowała narzekania przyjaciół, zarówno tych zaliczanych do homo sapiens jak i do Felis catus*.
 - Co ty tutaj robisz? Ktoś cię przysłał? - zapytała tak bardzo od niechcenia, że aż zabrzmiało to nienaturalnie.
 - Nie, Antek mnie nie przysłał - kot filuternie zmrużył oczy, robiąc tak kpiącą minę, jak to tylko koty potrafią. - Był zbyt zajęty rozmowami z panną Marysieńką.
 "Kot filuternie zmrużył oczy, robiąc tak kpiącą minę, jak to tylko koty potrafią(...)"
Source: http://babiesandsweatpants.tumblr.com/

 - Och - Ela nagle spuściła wzrok.
 - A panna Marysieńka poprosiła go, żeby mnie nie wpuszczał do izby podczas jej wizyty. I z miłości do niej wyraził zgodę. Ostatecznie mogę mu to wybaczyć, jako iż panna Marysieńka jest jego jedyną siostrą... Lecz jej nie rozumiem, bo jak można nie lubić kotów!?
 Ela wyglądała, jakby nagle nabrała niczym nieuzasadnionej awersji do futerkowych czworonogów, a do kotów w szczególności. Opanowała się jednak i milczała.
 - Mistrz Fulgencjusz opanował już technikę wysyłania różnych rzeczy... i kotów... w podróż czasoprzestrzenną. Niestety, wysłał przy okazji w przyszłość swoje notatki dotyczące drogi powrotnej - relacjonował kot pozbawionym emocji tonem.
 - Wysłał je w nasze czasy? - zapytał domyślnie Radek.
 - Nie. Sto lat później.
 - I źle trafiłeś? - domyślił się Leon.
 - Nie. Wszystko dowodzi, iż dla odzyskania zapisków potrzeba istoty posiadającej chwytne kończyny, innymi słowy człowieka. Albo małpy, ale jednak lepszy tu człowiek. Bądź co bądź jest trochę inteligentniejszy. Nie aż tak inteligentny jak kot, ale zawsze coś. Więc przyszedłem do was. Macie wehikuł czasu zdolny przemieścić ładunek o masie większej niż 10 funtów**.
 - Mam na niego szlaban - zauważyła Ela.

*Felis catus - kot domowy
*ok. 4 kg

c. d. n

wtorek, 8 lipca 2014

Zakończenie roku szkolnego z drobnym acz znaczącym akcentem o charakterze miauczącym i małym incydentem

 Wszystko wskazywało na to, że zakończenie roku w szkole, do której uczęszczali Ela, Daria, Radek, Leon i wiele innych osób* będzie równie nudne, jak setki i tysiące zakończeń roku w innych podstawówkach. Nic nie zapowiadało nagłych podróży w czasie, latających tortów z bitą śmietaną ani podobnych miłych urozmaiceń.
 Na początku uczniowie mieli okazję (niektórzy nawet z niej skorzystali) wysłuchać przemówienia pani dyrektor.
Inni próbowali się skupić przez pierwsze piętnaście minut, po czym przeszli do wyobrażania sobie wysp tropikalnych, plaż i gór - słowem, miejsc, w które wybierali się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Ela pilnie dokładała wszelkich starań, by nie rozmarzyć się zanadto na temat tych uroczych, malutkich śródziemnomorskich miejscowości, które planowała zwiedzać w tym roku. Większość jej kolegów nie miała podobnych skrupułów. Szeptali między sobą, wymieniając podekscytowanymi głosami egzotyczne nazwy.
 Ela dyskretnie wodziła wzrokiem po ich twarzach, zastanawiając się, czy za kilka dni... za rok... za trzy lata... będą się jeszcze znali. Czy będą się poznawać na ulicy, utrzymywać kontakt...
 Jej myśli biegły dwutorowo. Wyobrażając sobie Magdę i Inka na ślubnym kobiercu, śledziła skomplikowany monolog.
 Wtem wdarł się weń pewien dysonans. Dał się słyszeć zgrzyt. Nie, to nie był zgrzyt. Może raczej coś w rodzaju... syku?
 Uczniowie stopniowo zaczęli unosić głowy. Ku ich szczeremu zaskoczeniu, na karniszu, z przodu szkolnej auli ujrzeli kota.
  Kot siedział, mierząc ich badawczym spojrzeniem. I syczał. Obecni na sali jak zahipnotyzowani wpatrywali się w to zjawisko.
 Dla Eli wyglądał niepokojąco znajomo. Nie zdawała sobie początkowo sprawy, z czego wynika to skojarzenie. Wtem poczuła się jak Pomysłowy Dobromir** z kreskówki jej dzieciństwa, teraz już chyba będącej na granicy zapomnienia, gdy przychodziło mu do głowy rozwiązanie trudnego problemu. Połączyła fakty: nieproszony gość przypominał jej poznanego kiedyś przy okazji podróży w czasie mówiącego kota Kaspra.
 Odwróciła się do Leona, któremu najwyraźniej również coś zaświtało pod coraz bujniejszą blond czupryną.
 - Co on tu robi? - szepnęła konspiracyjnym tonem, jakiego nie powstydziłaby się agentka FBI.
 - Umila nam zakończenie roku - wtrącił się radośnie Radek.
 - A co, jeśli nie będzie potrafił stamtąd zejść? - wyraziła zaniepokojenie Daria. Jej wątpliwości miały poważne uzasadnienie: kotek właśnie wysunął przed siebie łapki, jakby gotował się do skoku, po czym cofnął się bojaźliwie.
 Paczka podróżników czasoprzestrzennych miała się już zabrać za przedyskutowanie dostępnych metod udzielenia pomocy zwierzątku, gdy sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.

Kot spadł.
Ale nie na cztery łapy.
O, nie.
Trafił wprost na kok pani dyrektor. Wytrąciło to nieco z rytmu głowę szkoły, która zachwiała się i upuściła mikrofon. Upadł on niestety tak nieszczęśliwie, że uruchomił mechanizm opuszczania kurtyny. Ta zaś, spadając, dolną częścią uczepiła się tylnej części spodni nauczycielki matematyki, która stała tyłem do sceny, przodem zaś do widowni.
Szczęśliwie! O, wielkie to było szczęście: nie pociągnęła biednej istoty, niezastąpionego członka grona pedagogicznego za sobą; ściągnęła jedynie pechowej matematyczce dolną część garderoby.
Widok to był godny uwiecznienia przez jakiegoś zdolnego a pracowitego malarza: skonfundowana mina nauczycielki, stojącej na oczach całej szkoły w gustownych różowych majteczkach z sympatyczną mordką psa Pluto; przerażony wuefista, któremu pęd powietrza zwiał z głowy tupecik; jeszcze bardziej przelękniona, a wręcz zmrożona pani dyrektor, której po raz pierwszy (lub, jak wieść gminna niesie, drugi - wedle tej teorii pierwszy był wtedy, gdy z tortu na rocznicę dziesięciolecia jej pracy wychynął pewien uczeń, znany ze specyficznego poczucia humoru) zabrakło języka w gębie; i zdumieni, a zarazem zafascynowani uczniowie.

To był niezapomniany dzień. Dla zapobieżenia dalszym incydentom zrezygnowano z dokończenia wystąpienia dyrektorki, a formalności związane z wręczeniem świadectw ograniczono do niezbędnego minimum. Co ciekawe, od tego momentu uczniowie zapomnieli o wszelkich urazach, jakie żywili wobec swych pedagogów. W charakterze zadośćuczynienia wystarczyło li i jedynie te kilka minut czystej, niepohamowanej... uciechy.

Kota - sprawcy całego zamieszania - nie odnaleziono. Prawdopodobnie azylu politycznego udzielił mu Leon lub Radek, z racji posiadania domów z ogrodem. Ale to już zupełnie inna historia...

*wymienionych w opowiadaniu "Szalone perypetie"
**Link do jednego z odcinków