Wszystko wskazywało na to, że zakończenie roku w szkole, do której uczęszczali Ela, Daria, Radek, Leon i wiele innych osób* będzie równie nudne, jak setki i tysiące zakończeń roku w innych podstawówkach. Nic nie zapowiadało nagłych podróży w czasie, latających tortów z bitą śmietaną ani podobnych miłych urozmaiceń.
Na początku uczniowie mieli okazję (niektórzy nawet z niej skorzystali) wysłuchać przemówienia pani dyrektor.
Inni próbowali się skupić przez pierwsze piętnaście minut, po czym przeszli do wyobrażania sobie wysp tropikalnych, plaż i gór - słowem, miejsc, w które wybierali się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Ela pilnie dokładała wszelkich starań, by nie rozmarzyć się zanadto na temat tych uroczych, malutkich śródziemnomorskich miejscowości, które planowała zwiedzać w tym roku. Większość jej kolegów nie miała podobnych skrupułów. Szeptali między sobą, wymieniając podekscytowanymi głosami egzotyczne nazwy.
Ela dyskretnie wodziła wzrokiem po ich twarzach, zastanawiając się, czy za kilka dni... za rok... za trzy lata... będą się jeszcze znali. Czy będą się poznawać na ulicy, utrzymywać kontakt...
Jej myśli biegły dwutorowo. Wyobrażając sobie Magdę i Inka na ślubnym kobiercu, śledziła skomplikowany monolog.
Wtem wdarł się weń pewien dysonans. Dał się słyszeć zgrzyt. Nie, to nie był zgrzyt. Może raczej coś w rodzaju... syku?
Uczniowie stopniowo zaczęli unosić głowy. Ku ich szczeremu zaskoczeniu, na karniszu, z przodu szkolnej auli ujrzeli kota.
Kot siedział, mierząc ich badawczym spojrzeniem. I syczał. Obecni na sali jak zahipnotyzowani wpatrywali się w to zjawisko.
Dla Eli wyglądał niepokojąco znajomo. Nie zdawała sobie początkowo sprawy, z czego wynika to skojarzenie. Wtem poczuła się jak Pomysłowy Dobromir** z kreskówki jej dzieciństwa, teraz już chyba będącej na granicy zapomnienia, gdy przychodziło mu do głowy rozwiązanie trudnego problemu. Połączyła fakty: nieproszony gość przypominał jej poznanego kiedyś przy okazji podróży w czasie mówiącego kota Kaspra.
Odwróciła się do Leona, któremu najwyraźniej również coś zaświtało pod coraz bujniejszą blond czupryną.
- Co on tu robi? - szepnęła konspiracyjnym tonem, jakiego nie powstydziłaby się agentka FBI.
- Umila nam zakończenie roku - wtrącił się radośnie Radek.
- A co, jeśli nie będzie potrafił stamtąd zejść? - wyraziła zaniepokojenie Daria. Jej wątpliwości miały poważne uzasadnienie: kotek właśnie wysunął przed siebie łapki, jakby gotował się do skoku, po czym cofnął się bojaźliwie.
Paczka podróżników czasoprzestrzennych miała się już zabrać za przedyskutowanie dostępnych metod udzielenia pomocy zwierzątku, gdy sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.
Kot spadł.
Ale nie na cztery łapy.
O, nie.
Trafił wprost na kok pani dyrektor. Wytrąciło to nieco z rytmu głowę szkoły, która zachwiała się i upuściła mikrofon. Upadł on niestety tak nieszczęśliwie, że uruchomił mechanizm opuszczania kurtyny. Ta zaś, spadając, dolną częścią uczepiła się tylnej części spodni nauczycielki matematyki, która stała tyłem do sceny, przodem zaś do widowni.
Szczęśliwie! O, wielkie to było szczęście: nie pociągnęła biednej istoty, niezastąpionego członka grona pedagogicznego za sobą; ściągnęła jedynie pechowej matematyczce dolną część garderoby.
Widok to był godny uwiecznienia przez jakiegoś zdolnego a pracowitego malarza: skonfundowana mina nauczycielki, stojącej na oczach całej szkoły w gustownych różowych majteczkach z sympatyczną mordką psa Pluto; przerażony wuefista, któremu pęd powietrza zwiał z głowy tupecik; jeszcze bardziej przelękniona, a wręcz zmrożona pani dyrektor, której po raz pierwszy (lub, jak wieść gminna niesie, drugi - wedle tej teorii pierwszy był wtedy, gdy z tortu na rocznicę dziesięciolecia jej pracy wychynął pewien uczeń, znany ze specyficznego poczucia humoru) zabrakło języka w gębie; i zdumieni, a zarazem zafascynowani uczniowie.
To był niezapomniany dzień. Dla zapobieżenia dalszym incydentom zrezygnowano z dokończenia wystąpienia dyrektorki, a formalności związane z wręczeniem świadectw ograniczono do niezbędnego minimum. Co ciekawe, od tego momentu uczniowie zapomnieli o wszelkich urazach, jakie żywili wobec swych pedagogów. W charakterze zadośćuczynienia wystarczyło li i jedynie te kilka minut czystej, niepohamowanej... uciechy.
Kota - sprawcy całego zamieszania - nie odnaleziono. Prawdopodobnie azylu politycznego udzielił mu Leon lub Radek, z racji posiadania domów z ogrodem. Ale to już zupełnie inna historia...
*wymienionych w opowiadaniu "Szalone perypetie"
**
Link do jednego z odcinków