niedziela, 23 lutego 2014

poniedziałek, 17 lutego 2014

Opowiadanie, które napisałam kilka lat temu i znalazłam na strychu. Uwaga, duża dawka absurdalnego humoru!

 Poprzedniego dnia Florka do późna oglądała telewizję. Prawdę mówiąc, było to 31 grudnia. Jej rodzina wybrała się na imprezę, lecz ona musiała zostać w domu.
 Punktualnie o wpół do dwunastej rozległ się dzwonek do drzwi.
 - Hanka? - zapytała, z niemal niedostrzegalnym oporem otwierając drzwi koleżance.
 - Zobacz, przyniosłam fajerwerki! Akurat mieszkasz na przedmieściu, to jest miejsce, żeby je wystrzelić.
 - O, rany - jęknęła Florka. Hanka miała dwie lewe ręce i bardziej było prawdopodobne, że wysadzi w powietrze pół miasta, niż że uda jej się bezpiecznie odpalić petardę czy fajerwerk, powodując ładne widoki, a nie katastrofę. Nie dalej niż miesiąc wcześniej Florę o drugiej dwadzieścia w nocy obudził telefon od spanikowanej Hani, która informowała:
 - Słuchaj, Flora! Ja dzisiaj po powrocie ze szkoły strąciłam z półki kwas solny...
 - Co z tego...? - ziewnęła zaspana i wściekła koleżanka.
 - No i ten kwas był niedokręcony i się rozlał, bo ja kilka dni temu przeprowadzałam eksperymenty, i chyba go nie dokręciłam... - sapała Hanka - i ten kwas rozpuścił podpórkę, wiesz, tę podtrzymującą książki, żeby nie spadły... bo ten kwas spadł na niższą półkę, zamiast na podłogę, pamiętasz, moja mama jest chemikiem i na wyższych półkach trzyma różne substancje...
 - Że co?! Co ty mówisz?! - przerwała jaj przyjaciółka, próbując zrozumieć ten natłok wydarzeń, które najwyraźniej spotkały dziewczynkę. Ona jednak, nie zważając na to pytanie, kontynuowała.
 - Czasem pozwala mi z nimi eksperymentować, zupełnie nie wiem, czemu niektórzy z jej znajomych twierdzą, że to nieodpowiedzialne... więc na wyższych półkach ma odczynniki, a na niższych książki, no i te książki spadły, przewróciły ten duży, wysoki wazon, z którego wylała się woda, ale to nie jest najgorsze, bo wiesz, ten wazon razem z resztką wody przewrócił się na stolik multimedialny, i woda zmoczyła laptopa i głośniki, a wazon rozbił telewizor, a laptop zaczął się palić, bo pewnie było spięcie, i od tego laptopa zapaliła się drewniana szafa z futrami, i wyleciały z niej wszystkie mole, naprawdę, nie rozumiem, dlaczego rodzice kupują tą głupią lawendę, zamiast po prostu użyć ognia, przecież to taka skuteczna metoda, i ta szafa ciągle się pali... - paplała Hanka bez ładu i składu.
 - Dość!  - wrzasnęła skołowana Flora do słuchawki. - I dlaczego, do septyliarda piorunów do mnie z tym dzwonisz?!
 - Czekaj, jeszcze nie skończyłam! W tej szafie na szczęście nie ma maminego futra z norek, bo rodzice są na przyjęciu...
 - To od razu dzwoń na straż pożarną!
 - Niezły pomysł, nie przyszło mi to do głowy...

 Lekkomyślność Hanki była więc wprost przerażająca, zwłaszcza, że wówczas Florka odnosiła wrażenie, iż gdyby miała pod ręką koleżankę i jakiekolwiek narzędzie tortur (na przykład nagranie wszystkich odcinków którejś z brazylijskich telenowel), niewątpliwie skończyłoby się to nieprzyjemnie. Straż na szczęście odratowała cudem mieszkanie Hani, winowajczyni za karę musiała jedynie zrobić porządek w kwaterze (jej reakcja brzmiała: "Co?! Mam posprzątać cały ten bajzel?!"). W każdym razie dziewczę to absolutnie nie miało szczęścia do ognia i pozwolenie jej na odpalenie fajerwerków byłoby niemal równoznaczne z samobójstwem, toteż Florka chętniej pozwoliłaby się zamarynować w occie i ugotować w przesolonym barszczu, okraszonym dwoma grzybkami, niż wydać takową zgodę.

 - To jak? Pomożesz mi?
- A pamiętasz, co było miesiąc temu?
 - To, że musiałam sprzątać straszny bajzel? To było nieludzkie, co nie?
 - Akurat mam na myśli twoją masakrę kwasem solnym - syknęła przez zęby Florka.
 - To był wypadek przy pracy...
 - A jak rok temu wysłałaś w kosmos na fajerwerku mojego chomika? Cud, że przeżył, tyle, że do tej pory świeci w nocy...
 - Przynajmniej masz darmową lampkę nocną - Hanka wzruszyła ramionami, a koleżanka rzuciła jaj mordercze spojrzenie.
 - Albo jak na technice ogłoszono alarm pożarowy, a okazało się, że to twoje śniadanie się fajczy. Albo jak odkryłaś w kieszeni plecaka 50 gramów zeszłorocznej pleśni. Albo jak na polskim coś pachniało dymem i okazało się, że to podpalona chusteczka...
 - To akurat sprawka Jacka...
 - Nieważne, rozpędziłam się. Równie dobrze mogłaby być twoja, tyle, że ty byś tego nie zrobiła z premedytacją.
 - Dlatego to ty odpalisz fajerwerki. Tobie się wszystko udaje.
 "Oprócz znalezienia towarzystwa, w którym moje życie nie jest w każdej chwili narażone na niebezpieczeństwo", pomyślała Florka, lecz posłusznie ubrała swój ulubiony płaszcz moro i kozaczki. Wyszły przed dom i przeszły na drugą stronę ulicy, gdzie rzeczywiście znajdował się placyk, który byłby wręcz idealny do zajęć pirotechnicznych, gdyby nie porastająca go sucha trawa, która, jak wiadomo, jest łatwopalna.
 - To może zacznijmy od przeczytania instrukcji - zasugerowała cierpko Flora.
 - Nudzisz - ziewnęła Hanka. - Ale jak chcesz, czytaj. Tu są - wyjęła owinięty papierem pakunek z plecaka.
 Jej koleżanka podejrzliwie przyjrzała się fajerwerkom.
 - Hanka? - powiedziała nagle dziwnym głosem.
 - Tak? - mruknęła przyjaciółka tonem raczej znudzonym. - Pospiesz się trochę.
 - Gdzieś ty kupiła te fajerwerki?
 - U jednego Tatara na rynku, w promocyjnej cenie...
 - Hanka!
 - Co? Masz pretensje, że wykorzystuję okazje?
 - Nie! Jeśli już, to mam pretensje, że dajesz sobie wcisnąć kit!
 - Jak to?
 - Po pierwsze, to ma jakieś 50 lat, może nawet więcej...
 - Czy wtedy już znano fajerwerki?
 - Nie mam pojęcia.*
 - Ale miały taką ładną etykietę!
 - Etykieta jest z zeszłego roku, ściągnięta z czegoś innego. A to jakiś złom z napisami po rusku.
 - Skąd wiesz, że po rusku? Nie znasz przecież rosyjskiego?
 - Cyrylicą w każdym razie.
 Nastąpił powolny proces kojarzenia faktów.
 - Myślisz, że kupiłam niewybuchy z czasów Drugiej Wojny Światowej?
 - Nie żebym coś sugerowała - westchnęła Flora, dobitnie sugerując, że to właśnie myśli.

* Fajerwerki znano już w starożytnych Chinach.

czwartek, 6 lutego 2014

Lekcja polskiego

 Tego dnia pierwsza była lekcja języka polskiego.
 - Dziś będziemy omawiać poezję współczesną - oznajmiła polonistka. - Otwórzcie podręczniki na stronie 348.
 "Czy te książki muszą koniecznie mieć takie wielkie marginesy?" - zastanowiła się Ela. "Spokojnie mogłyby być dwa razy lżejsze, gdyby nie wielkie puste przestrzenie po bokach".
Podzieliła się tą refleksją z Krystyną, koleżanką z ławki, która tylko wzruszyła ramionami i odpowiedziała rzeczowo:
 - Wtedy wydawnictwa mniej by zarobiły.
 - Alu i eee, Justyno, o czym rozmawiacie? - dał się słyszeć zmęczony głos nauczycielki.
Dziewczyny z trudem powstrzymały się od śmiechu.
 - Rozmawiamy o podręczniku. I mam na imię Ela.
 - Dobrze, tak, oczywiście. Olu, czy mogłabyś przeczytać tekst poetycki na podanej stronie?
 - "Wiersz o wszystkim", autorstwa Bardzo Nowoczesnego Poety.
 Klasa patrzyła na nią w oczekiwaniu.
 - No, czytasz czy nie? - Franek próbował ją poganiać.
 - Przeczytałam. Koniec. Ten wiersz to... pusta kartka.
 - Przejdźmy zatem do analizy tekstu literackiego - powiedziała pani Tłuczek, ignorując ostatnie zdanie uczennicy. - Jaka jest budowa wiersza?
 Gimnazjaliści patrzyli na siebie zdezorientowani.
 - Czy mam wyznaczyć ochotnika? Klaro, może spróbujesz?
 - Więc... wiersz ma zero strof, w każdej strofie zero sylab. Brak rymów...
 - Bardzo dobrze. Zajmijmy się teraz interpretacją. Jak rozumiecie przesłanie wiersza? Mateusz się zgłasza, proszę, powiedz, Mateuszku, co według ciebie autor miał na myśli? Zanalizuj przy okazji zastosowane środki poetyckie.
 - Przesłanie wiersza jest bardzo głębokie. Wiersz mówi o wszystkim i o niczym. Każdy może sobie dopowiedzieć, co jest jego najważniejszą treścią. Występuje tu metafora, brak słów może symbolizować niemożność wypowiedzenia wszystkiego werbalnie...
 - Doskonała hipoteza interpretacyjna. Czy ktoś ma coś do dodania?
 - Zauważyłam tu porównanie. Z tytułu wiersza można wywnioskować, że dotyczy on wszystkiego, a jednak jego treść nie zawiera nic. Zatem autor... to jest, podmiot liryczny, chce nam przekazać, że wszystko jest jak nic - odezwała się Agata.
 - U mnie wiersz wywołuje skojarzenia z pustynią - dorzucił Damian. Nauczycielka zdjęła okulary i przyjrzała mu się uważnie, wyraźnie czekając na dalszy ciąg. Chłopiec nabrał powietrza i kontynuował - Pustynia wydaje się pusta, a jednak jest na niej wiele żywych stworzeń, jeśli się dobrze poszuka... taka treść w niej jest. I dużo piasku oczywiście.
 - I nie ma wody, tak jak w tym wierszu nie ma lania wody - wtrąciła błyskotliwie Paulina. W sali rozległo się kilka przyciszonych chichotów, a także parę komentarzy w rodzaju "nieśmieszne!" czy "suche".
 - Wspaniale pracowaliście nad omówieniem utworu - oznajmiła polonistka, niezrażona narastającym szumem szeptanych rozmów. - Pamiętajcie, że na następnej lekcji sprawdzę wasze notatki!

  - A ja nadal nie mogę się nadziwić, że omówienie wiersza jest o kilka stron dłuższe niż sam wiersz - stwierdził Patryk po wyjściu z sali.
 - Ten poeta to niezły cwaniak - odpowiedziała Krystyna z pewnym niesmakiem. - Nie napracował się, a dostaje kasę za pustą kartkę, którą nazywa wierszem.
 - I jeszcze jest promowany w szkołach - uzupełniła Matylda z lekką zazdrością.
 - To działa tak, jak ze sztuką współczesną. Nie musi być bardzo ambitne, albo skomplikowane, ale dobrze się sprzedaje, bo jest oryginalne - spróbowała podsumować Ela.
 - Ale przyznacie, że jednak omawianie nieistniejącego wiersza było ciekawe... - rzucił spostrzeżenie Jurek.

Koniec

"Szalone perypetie" cz. 63

 Znów znaleźli się w tym dziwnym, kamienistym tunelu. Szli spokojnie, nie czyniąc wiele hałasu.
 - Wybierzecie się ze mną do archiwum? - zapytał Antek.
 - Musimy już wracać do naszej klasy. Niestety... - odparła Ela. Żak zrobił rozczarowaną minę, jednak nie zaprotestował.
 Wskazał im drogę, którą podążyli bez sprzeciwu.
 Natknęli się na drewniane drzwi. Leon otworzył je ostrożnie, jakby spodziewał się za nimi stada dzikich zwierząt.
 Zamiast tego ujrzeli dwadzieścioro swoich kolegów i koleżanek, wyraźnie znudzonych wykładem przewodniczki o matowym głosie.
 Więc ostrożność okazała się uzasadniona.
 Pożegnawszy się z przyjacielem i zamknąwszy drzwi, powoli dołączyli do grupy, przybierając na twarze wyraz znudzenia, jakby stali w tym miejscu od pół godziny. Radek pozwolił sobie nawet na ziewnięcie.
 Wyglądało na to, że nikt z nauczycieli nie nabrał wobec nich podejrzeń. Wagarowicze wymienili triumfujące uśmiechy.