- Dzisiaj jest ważny dzień, więc sięgniemy do spiżarki. Tam jest tyle
dobroci, sama zobaczysz, Klementynko...
Dziewczynka skinęła poważnie głową. Nie miała siły protestować. Ciotka, na cześć
której zresztą mała nosiła swoje oryginalne imię, pochłaniała swoją obecnością całą moc przerobową jej umysłu. Nie można było marnować sił na podtrzymywanie dialogu.
Dziewczynka skinęła poważnie głową. Nie miała siły protestować. Ciotka, na cześć
której zresztą mała nosiła swoje oryginalne imię, pochłaniała swoją obecnością całą moc przerobową jej umysłu. Nie można było marnować sił na podtrzymywanie dialogu.
- Da już ciocia młodej odpocząć, niech się ona może przygotuje troszkę,
za godzinę wychodzimy... - wtrącił się niewysoki nastolatek z irokezem.
- Oj, Mareczku... Jeszcze czas - kobieta uśmiechnęła się dobrotliwie i zaczęła schodzić w stronę piwnicy, w której przechowywała jedzenie. - A dziewczynkę trzeba przyzwyczajać do gospodarki. Poza tym, ten dzień będzie niezapomniany, więc i jedzenia trzeba dobrego.
- Ciociu, ona ma dopiero osiem lat!
- Całkiem poważny wiek - zawadiacki uśmiech pani Klementyny nie pozostawiał pola do dyskusji.
Ciotka wyciągnęła ozdobny kluczyk ze swej haftowanej kieszonki, wsadziła do dziurki i przekręciła.
Widok, który zastała całą trójka, przekraczał ich najśmielsze oczekiwania. Nawet szacowna właścicielka spiżarki nie pamiętała, jak wielką obfitość wszelkiego rodzaju łakoci zdążyła zgromadzić przez lata. Półki wyłożone słoiczkami, buteleczkami, słojami... Konfitury, soki, dżemy... Syropy, nalewki, kompociki...
Młoda Klementyna, podążająca za bratem i za ciotką, stanęła jak wryta i zapatrzyła się w kandyzowane truskawki, umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów nad poziomem podłogi, a dla ośmiolatki na szczycie schodów - idealnie na poziomie oczu. Dziewczynka, zafascynowana cudownie czerwonymi owockami, zapomniała aż, że schody nie wiodą bynajmniej w prostej linii do wymarzonej półki kuszącego regału. Postąpiła jeszcze krok do przodu, potknęła się o swoją białą, koronkową sukienkę, walnęła brata pod żebra i uwiesiła się na nim. Ten balansował przez chwilę niepewnie, usiłując odzyskać równowagę. Niestety, nie poszczęściło mu się, i nie chcąc uszkodzić starszej pani, lecąc bezwładnie przed siebie, uczepił się regału.
- Oj, Mareczku... Jeszcze czas - kobieta uśmiechnęła się dobrotliwie i zaczęła schodzić w stronę piwnicy, w której przechowywała jedzenie. - A dziewczynkę trzeba przyzwyczajać do gospodarki. Poza tym, ten dzień będzie niezapomniany, więc i jedzenia trzeba dobrego.
- Ciociu, ona ma dopiero osiem lat!
- Całkiem poważny wiek - zawadiacki uśmiech pani Klementyny nie pozostawiał pola do dyskusji.
Ciotka wyciągnęła ozdobny kluczyk ze swej haftowanej kieszonki, wsadziła do dziurki i przekręciła.
Widok, który zastała całą trójka, przekraczał ich najśmielsze oczekiwania. Nawet szacowna właścicielka spiżarki nie pamiętała, jak wielką obfitość wszelkiego rodzaju łakoci zdążyła zgromadzić przez lata. Półki wyłożone słoiczkami, buteleczkami, słojami... Konfitury, soki, dżemy... Syropy, nalewki, kompociki...
Młoda Klementyna, podążająca za bratem i za ciotką, stanęła jak wryta i zapatrzyła się w kandyzowane truskawki, umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów nad poziomem podłogi, a dla ośmiolatki na szczycie schodów - idealnie na poziomie oczu. Dziewczynka, zafascynowana cudownie czerwonymi owockami, zapomniała aż, że schody nie wiodą bynajmniej w prostej linii do wymarzonej półki kuszącego regału. Postąpiła jeszcze krok do przodu, potknęła się o swoją białą, koronkową sukienkę, walnęła brata pod żebra i uwiesiła się na nim. Ten balansował przez chwilę niepewnie, usiłując odzyskać równowagę. Niestety, nie poszczęściło mu się, i nie chcąc uszkodzić starszej pani, lecąc bezwładnie przed siebie, uczepił się regału.
Mebel, choć mocno
dociążony przetworami, nie wytrzymał w położeniu pionowym, zachybotał się, i
słoiki widowiskowo wypadły, ku rozpaczy twórczyni zawartych w nich pyszności
rozbiły się, a ich zawartość rozplaskała się na podłodze. Pani Klementyna w
ostatniej chwili odskoczyła, gdy w stronę jej głowy szybował okazały słój
ogórków konserwowych.
- Będzie sprzątanie –
wyrwało się ze smutkiem Markowi. – Młoda, złaź ze mnie.
- Nie, bo mi się sukienka
wybrudzi.
- Kto to wymyślił, żeby
na Pierwszą Komunię tak stroić maluchy, jak jakieś panny młode? I jeszcze pod
Wawelem to wszystko będzie, snobizm do potęgi… - narzekał chłopak, jednak
postawił ostrożnie Klecię na schodach. Ta pobiegła szybko, by przygotować się
ostatecznie do wyjścia.
Coś było nie tak. Ciotka
milczała. Wpatrywała się jak wryta w podłogę. Marek nie był pewien, czy
ucieszyć się z chwili spokoju, czy raczej wzywać pogotowie – cisza nie była
naturalnym stanem jego krewnej. Wybrał rozwiązanie pośrednie; ucieszył się, ale
zapytał cicho:
- Ciociu? Wszystko w
porządku?
Nie uzyskał odpowiedzi.
Podszedł bliżej.
- To naprawdę nie ja… Nie
wchodziłam tu od lat… Przetwory są odporne na działanie czasu… Ale nie patrz
tutaj…
Dopiero teraz skierował
wzrok na płytki. I natychmiast tego pożałował. Jego wzrok, wśród szkła i
moreli, napotkał cały ludzki palec. Obok leżał bliżej niezidentyfikowany
kawałek kości. Dalej… wzdrygnął się na sam widok. Coś jakby mózg utytłany w
syropie malinowym. Końcówka stopy, ze wszystkimi pięcioma palcami. Pomiędzy
palcami kawałki śliwek. Kolejny palec wśród ogórków… Marynowana papryka,
przemieszana z pociętymi kawałkami czegoś, co wyglądało jak mięso. Z jednej z
butelek gapiło się na niego przekrwione oko.
Poczuł, że musi
natychmiast wyjść z tego potwornego miejsca, albo już nigdy nie będzie w stanie
wziąć niczego do ust. Nie mógł jednak zostawić cioci samej, w szoku, niezdolnej
do wykonania jakiejkolwiek czynności… Delikatnie dotknął jej ręki, usiłując
skierować ją ku wyjściu.
- Nie… nie! Trzeba to
ukryć! Jak ja się wytłumaczę?! Boże, taki wstyd! Taaaki wstyd… U starej
obywatelki Krakowa poćwiartowane zwłoki… co to będzie… oj, co to będzie…
jeszcze w dzień pierwszej Komunii bratanicy… co to będzie… jak ja się na
mieście pokażę… rodzina skompromitowana, i co ta biedna mała zrobi, nazywa się
tak samo jak ja… dzieci skojarzą…
- Niech ciocia nie
histery… - zaczął Marek. I nigdy nie dokończył, bo ciotka zemdlała. Osunęła się
gładko wprost w jego ramiona, blada, ale z rozpalonymi policzkami. Chłopak
rozejrzał się bezradnie. Obawiał się, że próbując wynieść nieprzytomną kobietę
może dotknąć osobiście lub jej spódnicą któregoś z makabrycznych przetworów, a
tego za nic nie chciał uczynić. Z drugiej strony, nie mogli tu stać w
nieskończoność… pomijając fakt, że poza słoikami koszmarne znaleziska mogły
zacząć się psuć i cuchnąć, oraz mogły się w nich rozwinąć rozmaite szkodliwe
bakterie, nieobecność Marka i Klementyny seniorki na Pierwszej Komunii Klementynki
juniorki była niedopuszczalna.
Znikąd pomocy…
Westchnął ciężko i
wzniósł oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi. Już chciał zacząć odmawiać
modlitwę do św. Rity, patronki od spraw beznadziejnych, na nabożeństwa do
której comiesięcznie uczęszczała do kościoła św. Katarzyny na Kazimierzu
ciotka, gdy nadeszło potencjalne wybawienie. Dość dyskusyjne, ale tonący
brzytwy się chwyta. W progu stała Klecia.
- Zawołaj tatę, młoda.
Szybko! I nie wchodź tu!